Tagi

, ,

Weir - Artemis

Opis:

Życie na Księżycu wcale nie jest tak cudowne, jak można by sądzić. Praca w charakterze kuriera nie wystarcza, by zapewnić Jasmine dostatnie życie, więc dziewczyna musi szukać mniej legalnych źródeł dochodu. Kiedy przed Jazz otwierają się perspektywy uczestniczenia w intratnej akcji przemytniczej, dziewczyna nie spodziewa się, że może wejść w drogę potężnym siłom rywalizującym o kontrolę nad księżycowym miastem… Andy Weir, autor bestsellerowego „Marsjanina”, powraca z trzymającą w napięciu historią, która całkiem niedługo może się wydarzyć.

Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Na Artemis dobrze żyje się właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno, oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Spiorunowałam Dale’a wzrokiem, ale tego nie zauważył. Cholera. Zmarnowałam tak idealnie wredne spojrzenie.

Andy Weir powraca z kolejną powieścią, a czytelnik znów zostaje zabrany w kosmiczną podróż, choć tym razem nieco bliżej, bo „tylko” na księżyc. W przypadku „Artemis” trzeba zaznaczyć, że nie jest to drugi Marsjanin. Obie książki mówią zupełnie o czymś innym. Dlatego jeśli planujecie przeczytać tę powieść, warto nastawić się na coś nowego.

Pech i tyle. Teraz będą musieli odbudowywać wszystko od podstaw. Ale za to sprawny schron powietrzny i regularne ćwiczenia uratowały wiele istnień ludzkich. Fabrykę można odbudować. Ludzi nie. Tak naprawdę wygrali.

Oczywiście w obu tytułach pojawiają się zbieżne elementy m. in. charakterystyczne postacie, które skupiają na sobie całą uwagę; fabułę połączoną ze specjalistyczną technologią; wszechobecny humor, który skutkuje rozładowaniem atmosfery. Wszystko to, co przyciągnęło mnie w Marsjaninie, pojawia się także tutaj.

Piąta nad ranem jest dla mnie w dużym stopniu pojęciem abstrakcyjnym. Wiem, że istnieje, ale rzadko miewam z nią osobiście do czynienia.

Moją refleksją po przeczytaniu pierwszego rozdziału było, że Andy Weir chyba lubi zasypywać swoich głównych bohaterów różnymi klęskami i przeszkodami. Jest tak w Marsjaninie i jest tak w Artemis. Zaczyna nasuwać się pytanie, czy autor nie przepada za swoimi bohaterami, bo z pewnością ich nie rozpieszcza. Mark i Jazz mają po prostu przechlapane. Powinni się jednak cieszyć, że Weir to nie George R. R. Martin.

Chwycił kartkę, jakby to była próbka moczu.
– Papier? Zapisałaś to na papierze?
– Nie umiem korzystać z aplikacji graficznych – wyjaśniłam. Ale powiedz, co o tym myślisz.
Svoboda rozłożył kartkę i marszcząc brwi, zaczął wpatrywać się w moje gryzmoły. Był najlepszym inżynierem elektronikiem w całym mieście i coś takiego nie powinno sprawić mu trudności.
– Rysowałaś to lewą ręką czy jak? – zapytał, obracając szkic.
– Cóż, nie mam zdolności plastycznych.
– Ale pomijając walory artystyczne, całkiem zgrabny projekt.

Przedstawiona historia spodobała mi się, chociaż przyznam się szczerze, że główna bohaterka nie przypadła mi do gustu. Jej zachowanie i postawa irytowały mnie już po pierwszych rozdziałach i zostało tak, aż do zakończenia. Niemniej fabuła i księżycowe miasto wciągnęło mnie bez reszty. A gdyby nie Jazz byłoby w nim strasznie nudno.

– Czołem – powitał mnie Dale w progu. – Chciałaś się ze mną zobaczyć?
– Tak, ale nie mam ochoty opowiadać tego samego kilka razy, więc usiądź i zaczekaj, aż wszyscy przyjdą.
– No co ty? – zapytał zrzędliwym tonem. – Mam lepsze rzeczy do roboty niż…
– Piwo na mój rachunek – weszłam mu w słowo.
Dale skoczył na swój stołek.
– Nalej, co masz najlepszego – zwrócił się do Billy’ego.

Wydaje mi się, że „Artemis” może spodobać się osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z fantastyką naukową. W porównaniu do Marsjanina pojawia się mniej określeń typowo technologicznych i wszystkie są na bieżąco wyjaśniane. Wszelkie procesy fizyczne czy chemiczne również. W ten sposób czytelnik nie czuje się przytłoczony i może skupić się na głównym wątku tej powieści.

Następny zjawił się Svoboda, dźwigając pudło wypełnione sprzętem elektronicznym. Powitał wszystkich, machając ręką, i zaczął się przygotowywać. Ten wariat przyniósł zwijany ekran i rzutnik. Podłączył do niego swój gadżet i jak to zwykle bywa z takimi urządzeniami, coś nie chciało działać. Niezrażony zaczął grzebać w ustawieniach. Był szczęśliwy jak świnia w błocie.

Zdecydowanie polecam! I tym, którzy lubią s-f, oraz tym, którzy dopiero chcą zacząć z nim przygodę.

Mało kto ma okazję zmierzyć i przeliczyć miłość swojego ojca. Ale ja miałam. To była praca na czterdzieści pięć minut, ale on poświęcił na nią trzy i pół godziny. Z tego wynika, że kocha mnie 366 procent bardziej niż cokolwiek innego. Warto wiedzieć.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:
Wydawnictwu Akurat

akurat

oraz p. Wojciechowi z Business&Culture

bic