Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson – „Kroniki Bane’a”

Opis:

Najnowsza książka Cassandry Clare ze świata Nocnych Łowców.

Zbiór opowiadań jak nigdy przedtem przybliża wielbicielom „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn” postać czarownika Magnusa Bane’a, którego uwodzicielska osobowość, ekstrawagancki styl i cięty dowcip oczarowały fanów bestsellerowych cykli.

https://www.mag-sklep.pl/pl/p/KRONIKI-BANEA/264

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Niedawno mogliście przeczytać moje wynurzenia o stosiku wstydu i składających się na niego seriach (>>>tutaj<<<). „Kroniki Bane’a” to jedna z pierwszych prób dokończenia cyklu i w sumie najłatwiejsza. Kroniki to nic innego jak zbiór opowiadań, które ukazywały się jedne po drugich. Seria, którą wtedy rozpoczęłam, dziś jest po prostu zamknięta w jednym tomie. Przeczytane. Odhaczone.

– Iść z tobą? Do Pandemonium? W pustkę?! A ja sądziłem, że zaproszenie na letnie wakacje w New Jersey było najgorszym, jakie kiedykolwiek dostałem.

Przygody ekscentrycznego czarodzieja są miłym dodatkiem do Świata Nocnych Łowców. Z pewnością rozbawią niejednego czytelnika. Są w nich ukryte różne wątki jak tolerancja, chęć przynależności, rozważania nad upływem czasu itp. I choć sam Bane wydaje się często niepoważny, ot taki charyzmatyczny lekkoduch, którego się akceptuje mimo jego specyficzności, większość z tych historii zawiera ukryty morał.

Miłość nie wszystko przetrzymywała. Miłość czasami ustawała. Wszystko mogło zostać odebrane, miłość mogła być ostatnim, co pozostało, a później i ona mogła zostać odebrana. Magnus wiedział jednak, że miłość bywała ostatnią nadzieją i gwiazdą wskazującą kurs. Światło, które zgasło, kiedyś jednak świeciło.

Niestety bez znajomości którejś z serii Cassandry Clare, nie odczuje się w pełni, kim tak naprawdę jest Magnus. I choć opowiadania można czytać jako oddzielne części, bez szerszego kontekstu stają się tylko mniej lub bardziej zabawnymi historyjkami. A szkoda, bo ta postać odgrywa znaczącą rolę w świecie wykreowanym przez amerykańską autorkę.

– Traktuj swoich klientów z szacunkiem i oprócz magii zapewniaj im też wysoką jakość obsługi. Nieuprzejmość zachowaj dla przyjaciół. A skoro już o tym mowa, nie widziałem cię w tym stuleciu i muszę powiedzieć, że wyglądasz gorzej niż zwykle.

Polecam! Choć głównie jako uzupełnienie „Diabelskich maszyn” i/lub „Darów Anioła”. Fani tych serii z pewnością znajdą w tych opowieściach wiele smaczków. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by przeczytali je inni.

Martyna Raduchowska – „Fałszywy pieśniarz”

Opis:

Szamanka od umarlaków, #3

Bezpośrednia kontynuacja Szamanki od umarlaków i Demona Luster.

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają…

https://www.gwfoksal.pl/falszywy-piesniarz-martyna-raduchowska-sku5aff6693f7d9c86d4edf.html

Moja ocena: Dobra (***)

Pamiętając, z jaką przyjemnością czytałam poprzednie dwa tomy Szamanki od umarlaków, wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po kolejną część. Już na pierwszy rzut oka historia wydaje się bardziej mroczna i tajemnicza niż była. Nieco tłumi czarny, wisielczy humor, który był nieodłącznym elementem tej serii. Nie znaczy, że nie ma go wcale, ale zrobiło się „poważniej”. I między innymi z tego powodu czytało mi się ten tom inaczej.

– Trochę węglowodanów i od razu poczujesz się lepiej (…). Wiem, co mówię, przeprowadzam regularne eksperymenty na własnym organizmie. Mam dwóch braci i cztery siostry, a to mnie matka uważa za zakałę rodzi…
– Jestem jedynaczką – przerwała mu Ida nieco oschlej, niż zamierzała.
– Yhym… (…) No cóż, nie zazdroszczę. W moim przypadku presja wygórowanych oczekiwań rozłożyła się przynajmniej na siedem głów, a co siedem, to, wiadomo, nie jedna. Wolę sobie nawet nie wyobrażać, co by było, gdybym miał ją znosić solo…

Chciałam poznać zakończenie tej historii. Nie zraziłam się pierwszymi mieszanymi odczuciami i przerzucałam kolejne strony. Tak mniej więcej od połowy, powieść porwała mnie jak dawniej. Od tego momentu czytało mi się znacznie lepiej i szybciej. Bardziej kibicowałam również głównym bohaterom. I choć nie wybuchałam głośno śmiechem jak kiedyś, skupiłam się na innych aspektach tej historii.

– (…) Wolę mieć cię na oku i osobiście dopilnować żebyś nie narobiła głupstw. Jeśli trafisz do kwatery głównej, to znając twoje destrukcyjne skłonności, rozpieprzysz nam system od środka i nie będzie czego zbierać.
– Ha. Ha. Bardzo śmieszne.
– Ja wcale nie żartowałam.

– Pięćdziesiąt procent szans to jednocześnie bardzo mało i bardzo dużo.

Akcję „Fałszywego pieśniarza” oraz postawę głównej bohaterki Idy, można podsumować jednym, acz trafnym stwierdzeniem – uważaj, czego sobie życzysz, bo możesz to dostać. I jak to w życiu. Nie znasz dnia ani godziny, często otrzymujesz coś z całą dobrocią inwentarza, w zupełnie inny sposób niż sobie to wyobrażasz. Świat Idy staje na głowie, a jej zamierzenia i plany robią zwrot o 180 stopni. W pewien sposób jej postać jest odzwierciedleniem każdego z nas. Zalicza wzloty i upadki, ma gorszy dzień, często traci wiarę w siebie. Popełnia błędy. Dlatego tym bardziej jej kibicujemy.

– Ja też jako wybryk natury od najmłodszych lat byłam intruzem we własnym domu (…). I potem rozpaczliwie pragnęłam gdzieś należeć, komuś się przypodobać na tyle, by uznał mnie za swoją. Trochę to trwało, ale z czasem zrozumiałam, że wciskając się na siłę w cudze ramy, sama siebie traktuję jak wyrzutka, który nigdzie nie pasuje.

Polecam! Historia mi się podobała, choć jak wspomniałam, czułam niedosyt tego specyficznego humoru, za który tak polubiłam tę serię. Zakończenie też pozostawiało trochę do życzenia. Niemniej wszystkie ważne wątki zostały dopowiedziane, a wszystkie trzy części złożyły się na interesującą całość.

O czym się nie mówi, czyli stosiki wstydu.

W ramach akcji #zostańwdomu człowiekowi zaczynają przychodzić do głowy coraz dziwniejsze pomysły. W moim przypadku wpadłam na inicjatywę, która nie tylko zajmuje sporo czasu, ale również uchyla rąbka tajemnicy, jak to naprawdę jest z moim stosikiem wstydu. Taki masochizm co prawda, jednak prędzej czy później, i tak trzeba by się z nim zmierzyć. Spróbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie: ile mam aktualnie rozpoczętych serii wydawniczych. I ile z tych książek zapycha niekończącą się listę do przeczytania.

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że wydawnictwa wychodzą z założenia, iż jak już coś wydają, to idealną cyfrą jest co najmniej trójka. Jak w wierszu o pierścieniu z Władcy Pierścieni – „Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem” itd. Dlatego czasem boję się sięgnąć po coś na chybił trafił, bo potem najczęściej okazuje się, że to książka z serii. Dobrze, jeśli chociaż to pierwszy tom. ^^

Przygotowałam sobie Arkusz kalkulacyjny, otworzyłam Goodreads i Lubimy Czytać, i zaczęłam nierówną walkę. W sumie zeszło mi na to cały dzień. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to sporządziłam plan działania. Wyglądał następująco:

  • Zadanie 1: Wypisać wszystkie rozpoczęte serie.
  • Zadanie 2: Wypisać stan aktualny, czyli na którym tomie z ilu się stanęło.
  • Zadanie 3: Określić czy chcemy czytać dalej, postawić sobie + jeśli tak, – jeśli nie.

Ponadto zebrałam serie w grupy robocze, dodając w arkuszu kolejne kolumny.

  1. Serie ukończone.
  2. Serie porzucone, do których nie mamy zamiaru w ogóle wrócić. Nawet ja, choć staram się doczytać kiepskie książki do końca, mam części z serii, które tak mierziły, że zostały odrzucone w kąt. A tym samym wszystkie pozostałe.
  3. Serie odkurzone, czyli takie, które uważało się za dawno zakończone, a autorzy ostatnio coś dodali bądź zapowiedzieli. Szok i niedowierzanie, zwłaszcza jeśli poprzednie tomy miały odpowiednie zakończenie.
  4. Grzechy wydawców, gdy seria nie zostaje wydana do końca i można tylko doczytać po angielsku. Lub nie.
  5. Jednorazowe przygody, czyli zakupy i prezenty, które okazały się częścią z serii.
  6. Serie przeczytane tylko po angielsku. Mam takich mało, ale wtedy przynajmniej nie muszę czekać na wydawnictwa.

Podsumowując, trochę się tego znalazło. Kolorami oznaczałam szansę na skończenie serii. Krwisto czerwony na zdecydowane nie, żółty – do zastanowienia. Najbardziej optymistyczny był kolor zielony, czyli serie zakończone. I tak wyszło tego całkiem sporo. Pominę milczeniem te kilka serii, które dopiero chciałabym rozpocząć i grzechy wydawców, którzy nie dokończyli wydawanych przez siebie serii.

106 – tyle serii rozpoczęłam w latach 2013-2020. Skończyłam z nich 39. Nie dokończyłam 33. Wśród tych porzuconych są zarówno te serie, które mnie wkurzyły albo takie, których w ogóle nie zamierzałam czytać (jednorazowe przygody w ramach DKK lub prezentów), lub grzechy wydawców, których nie chce mi się kończyć w oryginale. 27 serii mam zamiar przeczytać, a nad 7 się zastanawiam. Więc albo zostaną dokończone albo porzucone.

Ta spontaniczna akcja pozwoliła mi przypomnieć sobie, jakie fajne książki udało mi się przeczytać. Zrewidowała również stan wpisanych książek w serwisach. Przede wszystkim zmusiła jednak do zastanowienia się i przejrzenia listy to-read. Spontanicznie dodane przed laty książki, już nie wzbudzają takiego entuzjazmu. Teraz z jednej strony czekają mnie wirtualne porządki, z drugiej czytanie niedokończonych serii. I tutaj puściłabym jako motyw przewodni melodię z „Niekończącej się opowieści”. 😉

A jak tam Wasze stosiki wstydu?