Umi Sinha – „Miejsce na ziemi”

Opis:

Pełna emocji i imponująca rozmachem opowieść o miłości i stracie, tożsamości i przynależności.

Dwunastoletnia Lila Langdon jest świadkiem rodzinnej tragedii – przy zaproszonych na wystawną kolację gościach jej matka wręcza ojcu prezent: ręcznie tkany, misternie wykonany obrus. Dziewczynka nie widzi, co dokładnie się na nim znajduje, ale efekt jest porażający – goście uciekają w popłochu, a ojciec zamyka się w swoim gabinecie, gdzie popełnia samobójstwo.

Ta tragedia kładzie kres jej dzieciństwu w Indiach i zmusza do wyjazdu do Sussex do ciotecznej babki Wilhelminy. Tu Lila postanawia rozwikłać rodzinną zagadkę – listy pisane przez babkę mieszkającą w Indiach, a także dzienniki jej ojca układają się w mroczną historię rodziny. Historię o miłości, namiętności, szaleństwie, zemście, konfliktach klasowych, ale przede wszystkim o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

Od najmroczniejszych dni brytyjskiego panowania w Indiach po następstwa pierwszej wojny światowej, Miejsce na ziemi opowiada o misternie splecionych losach trzech pokoleń i ich walce o wyzwolenie się spod ciężaru historii naznaczonej kolonialną przemocą. To dojrzała, wyważona i rozwijająca się w niepowstrzymany sposób powieść o tajemnicach – przemilczanych zdarzeniach, które decydują o naszym życiu.

https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133045/miejsce-na-ziemi?idcat=0

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Nie zawsze pamiętam, kto zainspirował mnie do przeczytania danej książki. Zwłaszcza jeśli minęło sporo czasu od momentu, kiedy dana pozycja trafiła na moją listę do przeczytania. Jednak do „Miejsca na ziemi” przekonał mnie wpis Blanki z bloga Kulturazja, który możecie znaleźć >>>tutaj<<< . Co by nie mówić, książka czekała na swoją kolej aż cztery lata.

Hindusi wierzą, że kiedy przekraczasz ocean – który nazywają kala pani, czyli czarną wodą – porzucasz swoją kastę, która określa twoje miejsce na ziemi: wskazuje, gdzie przynależysz i, co za tym idzie, kim jesteś. Stajesz się wyrzutkiem. Chociaż nie jestem hinduską, własne doświadczenie podpowiada mi, że to prawda.

Nigdy nie ukrywam, że bardzo kręcą mnie tematy azjatyckie. Moja fascynacja Japonią ewoluowała także na inne państwa, dlatego coraz częściej sięgam po literaturę z tej części świata. Nieważne czy to powieść, czy reportaż, ważne by był klimat i egzotyka. Indie nie były dotąd obiektem mojego zainteresowania. Miejsce na ziemi jest więc pierwszą próbą literackiej podróży do tego kraju, którą uważam za bardzo udaną.

Od przybycia do Anglii wciąż zauważam, jak inni są tutejsi ludzie. Nigdy nie patrzą ci w oczy, tylko uciekają wzrokiem, jakby bali się pokazać, jacy są naprawdę. Nikt nigdy nie mówi, co rzeczywiście ma na myśli.

Umi Sinha tworzy interesującą powieść. Zawiła historia Langdonów pozwala przedstawić relacje brytyjsko-indyjskie sięgające kolonialnych korzeni. Troje narratorów, trzy perspektywy, trzy czasy, lecz mianownik ten sam – każdy szuka swojego miejsca na ziemi. Jak można się domyślić, z tego czy innego powodu swoje serce zostawiają w Indiach.

Niewiedza jest najgorsza, ponieważ do niej nie sposób przywyknąć. Nauczyłem się, że można przywyknąć do wszystkiego, jeśli się to zaakceptuje, jednak nie da się zaakceptować tego, czego się nie wie.

Motywy przedstawione w tej historii są uniwersalne. Problem przynależności, szeroko rozumianej tolerancji czy relacji swój – obcy, są takie same niezależnie od szerokości geograficznej. Sinha bawi się formą: od zwykłej narracji, po formę listów i pamiętników. Jeśli dodamy do tego całe spektrum barwnych postaci, otrzymujemy kawał dobrej powieści.

Zdecydowanie polecam!

Stephen King – „Cujo”

Opis:

Do czego jesteśmy zdolni w obliczu strachu?

To nie tylko historia o przyjaznym psie, który zamienia się w bestię, to opowieść o ucieleśnieniu wszystkich naszych lęków.

W pobliżu Castle Rock – spokojnego miasteczka w stanie Maine – czai się potwór… Cujo, olbrzymi pies, jest przyjaznym stworzeniem… do czasu, aż w pogoni za królikiem wpada do kryjówki zarażonych wścieklizną nietoperzy. Walcząc z niezrozumiałymi zmianami, które w nim zachodzą, chore zwierzę stopniowo zamienia się w psa-mordercę. Atakuje swojego właściciela, terroryzuje kobietę i jej syna uwięzionych w zepsutym samochodzie. Dla mieszkańców Castle Rock starcie z Cujo będzie próbą ich człowieczeństwa.

https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/cujo-3/?edition=1

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Po kilku ostatnich książkach stwierdziłam, że chcę trochę się przerazić. Poczuć jak włoski stają dęba i  krew mrozi się w żyłach. Dlatego sięgnęłam po  „Cujo” Stephena Kinga, który czekał i kurzył się na mojej półce. Nie powiem, coś niecoś słyszałam o tej lekturze i miałam co do niej pewne oczekiwania. I choć się nie zawiodłam, niektóre elementy powieści mnie drażniły.

Jedyna różnica między dobrym reklamiarzem a dobrym sprzedawcą, który potrafi wciągnąć ludziom bubel, polega na tym, że dobry reklamiarz wykonuje robotę najlepiej, jak umie, z tego, co ma do dyspozycji… nie przekraczając granic uczciwości.

Przede wszystkim nie mogłam przekonać się do bohaterów. To nie tak, że kreacja postaci była jakoś bardzo zła. Po prostu nikomu nie kibicowałam, jak działo się to w przypadku innych książek, i nikt nie wzbudził we mnie jakiejś szczególnej antypatii. Z tego powodu ten horror nie przerażał mnie tak, jak mógłby. A jest się czego bać.

Zdusił niedopałek papierosa w popielniczce wpuszczonej w poręcz fotela. Rzeczywiście wyglądał nieszczególnie; żółtawy odcień jego twarzy wcale się Vicowi nie podobał. Nazywa się to szokiem po wybuchu, zmęczeniem bitewnym czy jak tam jeszcze, ale jest to po prostu tłumiony paniczny strach. Taki, jaki odczuwa się, patrząc w mrok i widząc tam coś, co przymierza się, by cię pożreć.

King w charakterystyczny dla siebie sposób, uwypukla zło, które kryje się w każdym człowieku. Udowadnia, że wcale nie potrzeba bestii rodem z koszmaru, by ludzie pokazali swoje drugie oblicze, pełne nienawiści, urażonej dumy, frustracji z niezrealizowanych marzeń i codzienności życia. Wystarczy tylko iskra, która pojawi się w odpowiednim momencie. I jedną z takich iskier jest strach. Szczególnie groźny, ponieważ ma wiele rodzajów i odmian.

Najwyraźniej nie było nikogo. Z tego wnętrza emanowała atmosfera pustki, gorąca, oczekiwania. Obcy pusty dom pełen mebli przyprawia o dreszcze. Człowiek czuje się w nim jakby obserwowany.

Polecam! Mimo odczuć dotyczących bohaterów książka bardzo mi się podobała. Czytałam ją szybko. W niektórych momentach jest przewidywalna, zwłaszcza z iście kingowym wrzucaniem fragmentów o tym, co spotka część postaci, ale tym razem nie psuło mi to zabawy.

Kiedy w grę wchodzi kwestia życia lub śmierci, podpowiedział jej nieubłaganie głos wewnętrzny, właściwy moment nadarza się tylko raz – a potem na zawsze przemija.

Mira Grant – „Blackout”

Opis:

Przegląd Końca Świata, #3

Tylko jedna rzecz jest pewna: zawsze może być jeszcze gorzej.

Kiedy w 2014 roku opracowywano lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciwko grypie, nikt się nie spodziewał, że świat stanie na skraju zagłady. Po ćwierćwieczu walki o dawny świat, bez strachu o jutro, ludzkość wyszła na prostą. Wtedy też okazało się, że to nie zombie, a sam człowiek jest największym zagrożeniem.

Niespodziewany wybuch epidemii na Florydzie staje się kolejnym kamieniem milowym w spisku stulecia, a ekipa Przeglądu Końca Świata zostaje oskarżona o bioterroryzm. Sytuacja wymaga podziału grupy. Shaun wyrusza zbadać źródło zarazy, natomiast reszta udaje się do legendarnego hakera Małpy po nowe tożsamości. A do tego wszystkiego dochodzi tajemnica Obiektu 7c przetrzymywanego w tajnych laboratoriach CZKC…

Pozostało jeszcze tak wiele do zrobienia, a zegary nieubłaganie odmierzają czas do wielkiego finału. Czy młodym dziennikarzom wystarczy odwagi, żeby stawić czoła szalonym naukowcom, wytworom ich eksperymentów oraz pozbawionym sumienia agencjom rządowym?

BLACKOUT to wstrząsający finał epickiej trylogii o dziennikarzach przyszłości, poszukujących prawdy w warunkach wybitnie niesprzyjających… podczas zombie-apokalipsy.

Przegląd Końca Świata: Blackout

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

I udało mi się dokończyć kolejną serię! Brawo ja! Co ciekawe, wcześniej nie zastanawiałam się, jak bardzo ostatnia część Przeglądu Końca Świata będzie przypominała mi obecną sytuację z koronawirusem. W obu przypadkach mamy do czynienia z wirusem, którego trudno zatrzymać. Szczęście w nieszczęściu, że ten drugi nie zamienia nas w zombie. Choć niektórzy po kwarantannie wyszli nieco powolni i oszołomieni.

Czasami najtrudniejsze jest pozbycie się wszystkich mylnych założeń i niewinnych kłamstw, które stoją na drodze do prawdy. Czasami to ostatnia rzecz, na którą potrafimy się zdobyć.

Nie sądziłam, że po takiej przerwie uda mi się od razu wejść w tę historię. Jednak o dziwo nie miałam z tym żadnego problemu. Być może pomogło, że pamiętałam zakończenie poprzedniego tomu, co w moim przypadku nie zawsze jest takie oczywiste. Lubię robić przerwy między częściami z serii, ale często się to mści, bo zapominam, co się w nich działo.

– (…) Mahir, powiedz Alaricowi i Maggie, że wyjeżdżamy nad ranem. Walne zebranie o piątej.
– O piątej rano?
– Oczywiście.
– Cofam to, co powiedziałem. Nie jesteś dobrym człowiekiem.
– Za późno. W prawdziwym życiu czasu nie cofniesz.

„Blackout” kończy Przegląd Końca Świata z przytupem. Lektura jest bardzo dynamiczna, pełna zwrotów akcji. Nasi ulubieni bohaterowie powrócili i robią to, w czym są najlepsi – zabijają zombie, starają się przetrwać w nieprzyjaznym świecie i pokrzyżować plany złych naukowców. Wszystko okraszone jest specyficznym humorem, dozą szaleństwa i ekscentryzmu.

– To beznadziejny pomysł.
– Tak samo jak zostanie tutaj! Albo doktor Abbey gromadziła niezależne kolekcje, albo miejscowo zawołali znajomych. W każdym razie – wycelowałem, strzeliłem i pozbyłem się kolejnego zombie – amunicja skończy się szybciej niż umarlaki. Albo biegniemy, albo giniemy. Co wolisz?
– Lubię sobie pobiegać.

Polecam!