David Lagercrantz – „Ta, która musi umrzeć”

Opis:

Coś dla fanów serii „Millennium”! Długo oczekiwane zakończenie cyklu, które sprawi, że podczas lektury będziecie mieć gęsią skórkę.

Nie trzeba dodatkowo zachęcać do sięgnięcia po „Tą, która musi umrzeć”, ponieważ wiadomo, że Blomkvist i Salander nigdy nie zawodzą.

W samym centrum szwedzkiej stolicy odnalezione zostaje ciało martwego mężczyzny. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że jest to tragiczna, lecz przypadkowa śmierć bezdomnego. Niestety nie udaje się ustalić jego tożsamości, nawet pomimo dosyć charakterystycznych cech. Fredrika Nyman, będąca lekarzem sądowym, postanawia zaufać swojemu wewnętrznemu głosowi i kontaktuje się z Mikaelem Blomkvistem. Początkowo jest ON dosyć sceptycznie nastawiony do pomysłu, aby zająć się tą sprawą.

Świadkowie z miejsca zdarzenia twierdzą, że bezdomny mężczyzna kilkukrotnie mamrotał coś na temat szwedzkiego ministra obrony – Johannesa Forsella, co tak naprawdę mogło łączyć zwykłego bezdomnego z ministrem? Czy w ogóle coś takiego istnieje? Blomkvist za wszelką cenę stara się złapać kontakt z Lisbeth Salander, bezskutecznie. Kobieta wyjechała z kraju krótko po pogrzebie Holgera Palmgrena i od tej pory ślad po niej zaginął. Mikael nie wie , że Lisbeth udała się do Moskwy, aby wyrównać dawne rachunki ze swoją siostrą.

Ostatnia część bestsellerowej serii po raz kolejny udowadnia, że David Lagercrantz w doskonały sposób łączy nowoczesne technologie z delikatnymi rozgrywkami potęg areny międzynarodowej i licznych politycznych skandali.

https://www.taniaksiazka.pl/millennium-tom-6-ta-ktora-musi-umrzec-david-lagercrantz-p-1261336.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Koniec roku to okazja do podsumowań i kończenia rozpoczętych spraw. Ja postanowiłam skończyć książkowy rozdział, jakim była dla mnie seria Millennium. I chociaż trylogia, którą stworzył Larsson, wydaje się kompletna, miło było wrócić za sprawą Lagercrantza do znanych bohaterów. Prawda jest jednak taka, że dopiero „Ta, która musi umrzeć” najbardziej oddaje atmosferę pierwszych trzech części. Gdy zagadki, zwroty akcji, strzelaniny czy wykorzystanie technologii są wyrównane i dozowane czytelnikowi w odpowiednich porcjach.

„– Sądzę, że śmierć zasługuje na szacunek nawet w przypadku tych najnędzniejszych spośród nas.
– To oczywiste – odparł z naciskiem, jakby chciał naprawić poprzednią niezręczność.
– Właśnie – zauważyła – pod tym względem Szwecja zawsze była państwem cywilizowanym. Jednak z roku na rok mamy coraz więcej bezimiennych zwłok, co mnie bardzo martwi. Wszyscy mamy po śmierci prawo do swojej tożsamości i do swojej historii.”

„Ta, która musi umrzeć” od samego początku wciągnęła mnie bardziej niż poprzednia część. Fabuła tego tomu do pewnego momentu toczy się dwutorowo. Jeden z motywów zabiera nas w Himalaje, więc chociaż w taki sposób możemy znaleźć trochę śniegu i mrozu. Dodatkowo atmosferę rozgrzewa wartka akcja, tajemnice i zemsta. Przyznam, że bardzo dobrze się bawiłam. Strony same znikały w zawrotnym tempie.

Będzie mi brakowało barwnych postaci Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista, ale dobrze, że ta historia dotarła do końca i wszystko się wyjaśniło. Zdecydowanie będę polecać całą serię, bo po prostu warto. Dla fanów kryminałów pozycja obowiązkowa. Dla szukających wrażeń. Dla wielbicieli tajemnic.

Dolores Reyes – „Ziemiożerczyni”

Opis:

Magiczny realizm prosto z obrzeży Buenos Aires. Liryczna i brutalna powieść balansująca na granicy przerażającej rzeczywistości i ludowych wierzeń.

„Dlaczego ja, ziemio?”

Kiedy była małą dziewczynką, połknęła ziemię i doznała wizji, jak ojciec bije matkę na śmierć. Wtedy Ziemiożerczyni odkryła w sobie niezwykły dar, który wyznaczył jej życiu nową ścieżkę.

Wieść o lokalnej jasnowidzce roznosi się po okolicy. Kolejni krewni zaginionych osób stają przed nią z garstką ziemi i nadzieją na poznanie prawdy.

Jednak w miejscu, gdzie zaniedbanie i niesprawiedliwość względem kobiet wypływają z każdego zakątka, nie ma przyzwolenia na prawdę.

Moja ocena: Dobra (***)

Przygotowania na grudniowy Dyskusyjny Klub Książki upłynęły pod znakiem „Ziemiożerczyni” autorstwa Dolores Reyes. Co prawda jest to tytuł mało świąteczny, ale dość krótki, więc jeśli chcecie polepszyć swoje czytelnicze statystyki pod koniec roku, z pewnością się do tego nada. Przyznam się, sama właściwie nie wiem, co sądzić o tej książce. Ciężko powiedzieć czy mi się podobała, czy nie, choć z pewnością zaintrygował mnie tytuł. Temat, mimo że osobliwy, na swój sposób jest interesujący. Byłam ciekawa, co wydarzy się dalej.

Zaczęłam zauważać, że ci, którzy szukają bliskiej osoby, mają coś, jakby bliznę blisko oczu, blisko ust, mieszankę bólu, złości, siły, oczekiwania, przybierającą określony kształt. Jakąś skazę, w której żyje ten, kto nie wraca.

Lekturę czytało mi się dość szybko i fabuła od razu mnie wciągnęła, ale… Mimo tego, że ta historia na wielu płaszczyznach jest przejmująca, czegoś mi w niej brakowało. Nie wczułam się tak, jak powinnam, choć to opowieść o desperacji, bólu i nadziei. „Ziemiożerczyni” jest napisana prosto i uniwersalnie. Przez to ciężko zżyć się z bohaterami, o których de facto mało co wiemy. Gdyby zmienić im imiona i wrzucić w inny krąg kulturowy, to ta historia cały czas miałaby sens. Jakby nie patrzeć, można to uznać zarówno za atut, jak i wadę.

Książka mnie nie zachwyciła, ale to nie był źle spędzony czas. Po prostu są lektury, które trafione w dobrej chwili, znacznie zyskują w oczach. Widocznie w moim przypadku to nie była idealna chwila dla „Ziemiożerczyni”. Polecam, może Wam spodoba się bardziej. Czekam na Wasze wrażenia!

Louisa May Alcott – „Małe kobietki”

Opis:

Czym jest wolność i jak podążać własną ścieżką? Pod koniec XIX wieku niewiele kobiet się nad tym zastanawia, jednak Marmee March uczy tej postawy swoje córki. Meg, Jo, Beth i Amy – cztery siostry o wyrazistych charakterach, mimo trwającej wojny secesyjnej, nieobecności ojca i wielu trudności dzielą się z innymi entuzjazmem i miłością do życia.

Od powstania „Małych kobietek” minęło sto pięćdziesiąt lat, a jednak ponadczasowa powieść niezmiennie inspiruje kolejne pokolenia; to historia o dorastaniu, buncie przeciw społecznym oczekiwaniom, zwłaszcza wobec kobiet, i balansowaniu pomiędzy potrzebą niezależności a miłością.

https://sklep.poradniak.pl/kolekcja/nowosci/male-kobietki-louisa-may-alcott

Moja ocena:

Sama jestem zdziwiona, jak bardzo podobała mi się ta historia. Klasyki literatury kobiecej unikałam jak ognia. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, czy to już starość? Tak jak na jednym internetowym memie, gdzie pojawiają się seniorzy 30+. Powieść Alcott wybrałam tylko dlatego, że prześladował mnie trailer najnowszej ekranizacji z Saoirse Ronan i Emmą Watson. W tym miejscu miała się pojawić recenzja pierwszej części jej cyklu dla dziewcząt pt. „Małe kobietki”, ale że na Legimi przeczytałam wersję z kinową okładką, okazało się, że są tu dwie książki w jednej. Idąc za ciosem, sięgnęłam po kolejne tomy i wcale tego nie żałuję, choć moja ocena różniła się w zależności od tomu.

Moje drogie dziewczynki, mam w stosunku do was ambicje, ale nie chodzi mi o to, byście zrobiły furorę w świecie: wyszły za mąż za bogatych mężczyzn wyłącznie ze względu na ich bogactwo albo miały wspaniałe pałace, które nie są domami, bo brakuje w nich miłości. Pieniądze są rzeczą cenną i potrzebną – a jeśli dobrze użyte, także szlachetną – ale nie chciałabym nigdy, żebyście uważały je za główny czy jedyny cel w życiu. Wolałabym raczej widzieć was jako żony biednych mężczyzn, ale szczęśliwe, kochane i zadowolone, niż jako królowe na tronach, pozbawione szacunku dla siebie i spokoju.

„Małe kobietki” to przyjemna, zabawna opowieść na chłodne wieczory z kubkiem ciepłego napoju, opowiadająca o siostrzanej i matczynej miłości. Historia z morałem starająca się udowodnić, że pieniądze szczęścia nie dają, choć potrafią uczynić wiele dobrego. W tym przypadku prawdziwym szczęściem jest kochająca rodzina, gotowa pomagać ubogim, mimo że sama jest doświadczona przez los. Być może jest to trochę idealistyczne podejście, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale potrzebujemy powieści traktujących o wartościach, oraz o dobrych i prostych ludziach. Małe kobietki mierzą się z różnymi przeciwnościami i pokusami, ale uczą się na swoich błędach i każda taka lekcja pozwala im wyciągnąć z siebie wnioski. Nagłe pogorszenie stanu materialnego nie sprawiło, że nagle zniknęły ich wszystkie pragnienia o pięknych sukienkach i przystojnych, bogatych kawalerach, ale zajęte pracą i pomocą swojej matce, coraz bardziej oddalają się od blichtru i próżności, pokładając wiarę w Bogu i w sile łączących ich wzajemnie relacji.

– Mylisz się. Zawsze będę starała się zmienić porządek rzeczy i oby było jak najwięcej takich ludzi, bo inaczej świat mody nie posunąłby się naprzód. Niestety, nigdy nie dojdziemy na ten temat do porozumienia. Ty bierzesz z życia to, co najlepsze, ale ja to, co najciekawsze. I dlatego wolę już pozostać „czarną owcą”.

Na Goodreads spotkałam się z opinią po angielsku, że jeśli tak jak mnie, spodoba Wam się buntownicza Jo, lepiej nie sięgać po kolejne części. I coś w tym jest. Mimo że pierwsze dwa tomy pokazują silne i coraz bardziej niezależne kobiety, ideałem wciąż pozostaje bycie dobrą żoną i matką. Nic w tym dziwnego, skoro pierwsza część ukazała się w 1868 r. Bohaterki z małych kobietek wyrastają na dorosłe kobiety i przyjmują na siebie różne role, choć wtłoczone w ten ideał. W takim świecie swoje miejsce znalazła również Jo.

Widzi pani, ludzie chcą, żeby ich bawiono, a nie prawiono kazania. Moralność się dziś nie sprzedaje.

Polecam! Przyjemna, niekiedy zabawna, opowieść z morałem, która pozwoli dobrze spędzić czas. W niektórych miejscach uniwersalna i wciąż aktualna. To jedna z tych lektur, które starają się udowodnić, że warto dążyć do bycia dobrym człowiekiem.