Joe Hill – „Gaz do dechy”

Opis:

Książka, która znalazła się w ścisłej czołówce Goodreads Choice Awards 2019.

Trzynaście historii mistrza grozy młodego pokolenia, który przesuwa granice gatunku na nowe terytoria.

Dwa opowiadania napisane wspólnie ze Stephenem Kingiem m.in. W wysokiej trawie, sfilmowane przez Netflix.

Wyjęci spod prawa motocykliści uciekający przez pustynię przed upiorną cysterną… Wizyta młodych ludzi w wesołym miasteczku, która wcale nie kończy się wesoło… Uchylone drzwi do świata cudów, które okazują się furtką dla namacalnego zła… Podróż pociągiem w niecodziennym towarzystwie… Media społecznościowe, które nikogo nie uratują przed zombi… Bibliotekarz dostarczający najświeższe lektury umarłym… I wreszcie lot, podczas którego ludzie nieakceptujący się nawzajem zaczynają ze sobą rozmawiać – nieco za późno.

Od klasycznych horrorów, przez fantasy, S-F, thriller psychologiczny, po prozę obyczajową z silnym akcentem politycznym – różnorodność opowiadań w tym zbiorze jest niezwykła. Ale wszystkie dotykają najgłębszych ludzkich sekretów i wydobywają na światło dzienne nasze mroczne słabości i lęki.

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Troszkę się pospieszyłam z kolejną książką na DKK, ale zrobiłam to z dwóch powodów. Po pierwsze nie zawsze mam czas na czytanie, a po drugie „Gaz do dechy” ma sporo stron. W tym rachunku nie policzyłam jednak tego, że bardzo się wciągnę i czytanie pójdzie mi tak szybko. Podczas czytania wydawało mi się, że płynę, a strony w czytniku magicznie znikały.

Wierzę również nadal, że książki działają według tych samych zasad co zaczarowane szafy. Wciskamy się w małą przestrzeń i wychodzimy po drugiej stronie w ogromny tajemny świat, zarazem wspanialszy i bardziej przerażający niż nasz.

Gaz do dechy to zbiór opowiadań, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Opowieści są różnorodne i napisane w różnych gatunkach. Autor bawi się nie tylko treścią, ale i formą. Czerpie wzorce od najlepszych, mimo tego znalazł własny sposób na przedstawianie grozy, tym samym odcinając się od dorobku sławnego ojca. I trzeba przyznać, że nieźle mu to wychodzi.

Dla mnie, zaprzysięgłego mola książkowego, nic nie było gorsze od myśli, że mogę umrzeć pięćdziesiąt stron przed końcem dobrej książki.

Dawno nie spotkałam takiego zbioru opowiadań, który uznałabym za równy. W tym przypadku każdy utwór miał w sobie coś, co wyróżniało go na tle pozostałych. Jednakże wszystkie na swój własny sposób do siebie pasowały. Jak już wspomniałam, płynęłam podczas czytania, co jest zasługą przystępnego stylu Joe Hilla. Taka mnogość historii przekłada się na ilość bohaterów i tutaj również nie możemy narzekać.

– I nie jest pan wysłannikiem Boga? Nie jest pan aniołem?
– Nie. Tylko bibliotekarzem.
– Ach, no cóż… Dla mnie to prawie to samo.

Cytat z pozdrowieniami dla Bibliotekarzy z Biblioteki Publicznej w Solcu Kujawskim! :*

Zdecydowanie polecam! Fani Joe Hilla, Stephena Kinga i wszelkich opowieści grozy nie powinni być rozczarowani.

Stephen King – „Cujo”

Opis:

Do czego jesteśmy zdolni w obliczu strachu?

To nie tylko historia o przyjaznym psie, który zamienia się w bestię, to opowieść o ucieleśnieniu wszystkich naszych lęków.

W pobliżu Castle Rock – spokojnego miasteczka w stanie Maine – czai się potwór… Cujo, olbrzymi pies, jest przyjaznym stworzeniem… do czasu, aż w pogoni za królikiem wpada do kryjówki zarażonych wścieklizną nietoperzy. Walcząc z niezrozumiałymi zmianami, które w nim zachodzą, chore zwierzę stopniowo zamienia się w psa-mordercę. Atakuje swojego właściciela, terroryzuje kobietę i jej syna uwięzionych w zepsutym samochodzie. Dla mieszkańców Castle Rock starcie z Cujo będzie próbą ich człowieczeństwa.

https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/cujo-3/?edition=1

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Po kilku ostatnich książkach stwierdziłam, że chcę trochę się przerazić. Poczuć jak włoski stają dęba i  krew mrozi się w żyłach. Dlatego sięgnęłam po  „Cujo” Stephena Kinga, który czekał i kurzył się na mojej półce. Nie powiem, coś niecoś słyszałam o tej lekturze i miałam co do niej pewne oczekiwania. I choć się nie zawiodłam, niektóre elementy powieści mnie drażniły.

Jedyna różnica między dobrym reklamiarzem a dobrym sprzedawcą, który potrafi wciągnąć ludziom bubel, polega na tym, że dobry reklamiarz wykonuje robotę najlepiej, jak umie, z tego, co ma do dyspozycji… nie przekraczając granic uczciwości.

Przede wszystkim nie mogłam przekonać się do bohaterów. To nie tak, że kreacja postaci była jakoś bardzo zła. Po prostu nikomu nie kibicowałam, jak działo się to w przypadku innych książek, i nikt nie wzbudził we mnie jakiejś szczególnej antypatii. Z tego powodu ten horror nie przerażał mnie tak, jak mógłby. A jest się czego bać.

Zdusił niedopałek papierosa w popielniczce wpuszczonej w poręcz fotela. Rzeczywiście wyglądał nieszczególnie; żółtawy odcień jego twarzy wcale się Vicowi nie podobał. Nazywa się to szokiem po wybuchu, zmęczeniem bitewnym czy jak tam jeszcze, ale jest to po prostu tłumiony paniczny strach. Taki, jaki odczuwa się, patrząc w mrok i widząc tam coś, co przymierza się, by cię pożreć.

King w charakterystyczny dla siebie sposób, uwypukla zło, które kryje się w każdym człowieku. Udowadnia, że wcale nie potrzeba bestii rodem z koszmaru, by ludzie pokazali swoje drugie oblicze, pełne nienawiści, urażonej dumy, frustracji z niezrealizowanych marzeń i codzienności życia. Wystarczy tylko iskra, która pojawi się w odpowiednim momencie. I jedną z takich iskier jest strach. Szczególnie groźny, ponieważ ma wiele rodzajów i odmian.

Najwyraźniej nie było nikogo. Z tego wnętrza emanowała atmosfera pustki, gorąca, oczekiwania. Obcy pusty dom pełen mebli przyprawia o dreszcze. Człowiek czuje się w nim jakby obserwowany.

Polecam! Mimo odczuć dotyczących bohaterów książka bardzo mi się podobała. Czytałam ją szybko. W niektórych momentach jest przewidywalna, zwłaszcza z iście kingowym wrzucaniem fragmentów o tym, co spotka część postaci, ale tym razem nie psuło mi to zabawy.

Kiedy w grę wchodzi kwestia życia lub śmierci, podpowiedział jej nieubłaganie głos wewnętrzny, właściwy moment nadarza się tylko raz – a potem na zawsze przemija.

Peter Curtis –„Czarownice z Walwyk”

 Opis:

„Czarownice z Walwyk Petera Curtisa (w rzeczywistości Norah Lofts, wybitnej, nieżyjącej już brytyjskiej powieściopisarki historycznej) to klasyczna literatura grozy.

Bohaterka, panna Mayfield – stara panna, uboga, mało atrakcyjna nauczycielka, mająca za sobą długoletni pobyt w Afryce zakończony tajemniczym załamaniem nerwowym, osoba sprawiająca wrażenie bezradnej i potulnej – zostaje zatrudniona na stanowisku nauczycielki i dyrektorki w prywatnej szkole wiejskiej w Walwyk we wschodniej Anglii.

Szczęście panny Mayfield zakłócają drobne, dziwne wydarzenia. Atmosfera staje się coraz bardziej tajemnicza i niepokojąca. Pojawiają się sygnały zbrodniczych działań tajemniczych sił zła. Panna Mayfield znajduje w sobie zaskakująco dużo siły i uporu, by szukać rozwiązania zagadki. Z jakim skutkiem? Czy samotna, zdawać by się mogło niezaradna, hołdująca dobrym manierom kobieta nie okaże się przypadkiem wytrawnym detektywem? I kogo uda się jej pokonać?”

https://www.empik.com/czarownice-z-walwyk-curtis-peter,p1045554167,ksiazka-p

Moja ocena: Ujdzie w tłumie (**)

Bardzo spodobał mi się klimat powieści. Oddanie atmosfery panującej w małej wiosce, tego specyficznego dla niej rodzaju duchowości, która łączy ze sobą religię i wiarę w zabobony. To właśnie w takich małych społecznościach można odczuć „tradycyjną” magię i wiarę w uroki. Umiejscowienie historii pod koniec lat 60. tych XX w. w Anglii nadaje dodatkowego smaku. Niby już nowoczesność, ale jeszcze zachowane miejsce na tajemnicę.

W Walwyk jest bardzo ładnie. Być może urok tego miejsca częściowo wiąże się z tym, że znajduje się ono przy drodze wiodącej donikąd.

Niestety bohaterowie nieco mnie rozczarowali. Na dłuższą metę wydają się papierowi, bez wyrazu. Przez to wiele traci także fabuła, która zostaje sprowadzona do prostej historii, nie wykorzystując pełni swojego potencjału. Od pewnego momentu losy głównej bohaterki – Deborah Mayfield – zaczęły mnie męczyć. Zamiast tej odrobiny ludowej magii, której oczekiwałam, czułam jedynie rosnącą wokół niej sieć kłamstw i wpędzanie w obłęd. Wydaje mi się, że był to efekt zamierzony. W końcu to odpowiednia reakcja racjonalnego umysłu na wszelkie nieprawdopodobne rzeczy. Jednak z każdą chwilą coraz bardziej czułam, że te zabiegi są robione tak trochę na siłę.

Wtedy przypomniała sobie słowa Rose, było to jedno z jej powiedzonek: „Bóg nie ma innych rąk niż ludzkie”. Ta sama prawda tyczyła się diabła. Wszystko inne – czarna magia, biała magia, cuda, wysłuchane modlitwy – to jedynie pozostałości, resztki, śladowe szczątki po człowieku pierwotnym, który z lękiem patrzył na zjawiska naturalne i próbował je kontrolować.

Mimo wszystko dałam szansę powieści. Im bliżej było zakończenia, tym zaczynałam bawić się coraz lepiej. I choć ostatnie sceny uratowały tę historię w moich oczach, jest ona po prostu przeciętna. Wydaje mi się, że oczekiwałam czegoś innego. Jako literatura grozy w żadnym momencie mnie nie przeraziła. Nie żałuję czasu, który na niej spędziłam, ale jeśli ktoś w trakcie czytania zacznie mieć takie odczucia jak ja, może do zakończenia po prostu nie wytrwać.

Dlatego „Czarownice z Walwyk” ujdą w tłumie! Całkowicie bym ich jednak nie skreślała.