Janusz Kolasa — „Moja podróż po Azji Południowo-Wschodniej. Tajlandia — Laos. Fakty, anegdoty, przygody”

Opis:

Janusz Kolasa opisuje swoją nieplanowaną podróż po południowo-wschodniej Azji. Pierwszy tom zawiera relację z podróży po Tajlandii i Laosie. Książka jest o tyle ciekawa, że autor stara się wchodzić między ludzi, nie tylko zwiedzać najbardziej popularne miejsca w obu krajach, trafiać w rejony trudno dostępne, by zobaczyć życie zwykłych mieszkańców. Publikacja przyda się komuś, kto przygotowuje się do podróży po tych krajach, chciałby obejrzeć najciekawsze miejsca, dowiedzieć się, jak szukać hotelu, transportu czy jak się zachować, aby nie popaść w tarapaty, lecz także temu, kto poszukuje dobrej rozrywki, a przy tym chce zakosztować nieco azjatyckiej historii i kultury. Wszystko wzbogacone jest fotografiami z podróży.

„Rozpoczyna się spektakl. Na wybieg wchodzą dziewczyny i tańczą w takt rytmicznej muzyki. Na biodrach mają kilkucentymetrowej szerokości przepaski, a na ich szyjach wiszą naszyjniki z kwiatów. To stanowi cały ich ubiór. Dziewczyny są śniade i mają kruczoczarne długie proste włosy. Wszystkie są młode i bardzo ładne. W panującym półmroku prezentują się świetnie. Popijam piwo i obserwuję występ.

Tancerki zaprezentowały swoje wdzięki i schowały się za sceną.
O moja naiwności! Już teraz wiem, co to będzie za „show”.
Na wybiegu zostaje jedna czarna piękność. Zaczyna się pokaz. Dziewczę wkłada sobie w intymne miejsce piłeczki pingpongowe, którymi strzela w kierunku tego białego towarzystwa. Już rozumiem, co naganiacz miał na myśli, powtarzając bez ustanku „show” i „ping-pong”. Faceci łapią te piłki w locie i odrzucają dziewczynie. Bawią się doskonale.”

Janusz Kolasa, z zawodu inżynier, żeglarz i podróżnik, zafascynowany Azją Południowo-Wschodnią. Autor wielu reportaży oraz książki pt. „Dziennik z podróży po Indiach”. W kilku paromiesięcznych podróżach zwiedził wszystkie kraje tego regionu. Podróżując, odkrywa zakątki krajów, do których rzadko docierają biali turyści. W swoich publikacjach konfrontuje zdobytą przed podróżą wiedzę z rzeczywistością.

https://novaeres.pl/katalog/tytuly?szczegoly=moja_podroz_po_azji_poludniowowschodniej,druk

Moja ocena: Dobra (***)

Kolejna czytelnicza podróż zawiodła mnie do Tajlandii i Laosu. Ten pierwszy kraj kojarzy mi się głównie z pięknymi widokami, uwiecznionymi na zdjęciach przez kilku znajomych na FB. Widziałam też kilka lakhonów/lakornów z angielskimi napisami, czyli tajskich oper mydlanych będących odpowiednikiem południowokoreańskich dram. Tam trafiłam tylko na pięknych ludzi, cudowne krajobrazy, wielkie pieniądze itd. itp. W tych sielankowych obrazkach brakowało miejsca, chociażby na plastikowe śmieci, których Tajlandia ma pod dostatkiem, walające się na plażach. Kiedy tylko natrafiłam na książkę o tym kraju, od razu dodałam ją do listy do przeczytania.

Tajska kuchnia jest jedną z najsmaczniejszych na świecie. Jej podstawą są: mięso, ryby, owoce morza, no i przyprawy. Te najczęściej stosowane to: chili, imbir, cebula, czosnek, curry i kolendra. W zależności od ilości przypraw — dania są dla białego człowieka zjadliwe bądź niemożliwe do przełknięcia.

Nie przejmowałam się zbytnio niskimi ocenami na Goodreads czy Lubimy Czytać, bo najzwyczajniej w świecie mało osób oceniło książkę. I szczerze Wam powiem, spędziłam podczas lektury przyjemny czas. Udało mi się choć trochę poznać bliżej dwa kraje, które dotąd nie były w moim kręgu zainteresowań. Czytało się całkiem nieźle. Niektóre historie były nawet zabawne. Nie oczekiwałam żadnego kompendium wiedzy podanego kwiecistym, literackim językiem. Ot pojechaliśmy gdzieś, gdzie jest fajnie i chcemy podzielić się tą radością z innymi. W podobny sposób taką książkę mógłby napisać każdy z nas. Nie każdy jest mistrzem literatury, a kluczem są te podane w tytule „Fakty, anegdoty, przygody”.

Tajowie to pogodni i życzliwi ludzie gotowi pomóc w każdej potrzebie i, co ważne, najczęściej bezinteresownie. Może poza taksówkarzami.

Podziwiam sposób podróżowania oparty na małym bagażu i łucie szczęścia. Sama nie zdecydowałabym się na taki typ podróży. Jestem z tych, którzy planują bliższe i dalsze wojaże od A do Z (no, chyba że zdaję się na męża, wtedy jadę w ciemno). I tak zdarzają się sytuacje, kiedy człowiekowi podnosi się ciśnienie np. gdy po wielogodzinnej podróży okazuje się, że nie ma pokoju, który się zarezerwowało i opłaciło. To może zdenerwować w Polsce, a co dopiero w obcym kraju. Niemniej lubię takie opowieści ze względu na bardzo bezpośredni charakter takich przeżyć.

Niestety, ten nie ma nic wspólnego z komfortem „King’s of bus”. Gorzej. Wygląda całkiem ubogo. Krótko mówiąc, jest to zwykły rejsowy autobus z siedzeniami pokrytymi tandetną dermą. Przydomek „VIP” nadano mu jedynie dlatego, że ma klimatyzację. Urządzenie to, zwyczajem południowo-wschodnich Azjatów, jest zawsze podkręcone na full — według zasady: jak już jest, to ma działać na pełny regulator. W związku z tym w autobusie jest najzwyczajniej zimno. Już podczas jazdy, gdy obserwuję „zimowo” ubranych tubylców, przychodzi mi na myśl, że w podróż specjalnie zabrali ciepłe okrycia, na wypadek sprawnie działającej klimatyzacji.

Gdyby ustawić koło autobusu ten cały załadowany bagaż i pasażerów, których wieziemy, i zapytać Europejczyka, czy jest w stanie zabrać ten cały majdan jednym kursem – z pewnością odpowiedziałby, że jest to niewykonalne. Natomiast Laotańczyk bez zastanowienia przystąpiłby do załadunku. Jak widać, niewykonalne od wykonalnego różni się jedynie stopniem determinacji i posiadanym doświadczeniem.

Polecam!

Jakub Ćwiek – „Przez stany POPświadomości”

Opis:

Wyrusz z nami w niezwykłą podróż…

Kuba Ćwiek, pisarz, publicysta, scenarzysta teatralny i filmowy, a nade wszystko ogromny miłośnik popkultury, postanowił odbyć nietypową podróż do najsłynniejszych miejsc znanych z ekranu.

Wraz ze swoim tatą i grupą przyjaciół – między innymi dziennikarzem kulturalnym Bartkiem Czartoryskim, reżyserem Patrykiem Jurkiem, blogerem Radkiem Teklakiem i fotografką Agatą „kreską_” Krajewską – przejechał kamperem przez Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych.

Zainspirowani dokumentalnym serialem HBO Sonic Highways ruszyli za ocean, by szukać inspiracji i opowieści między innymi w niedostępnym dla fanów biurze Stephena Kinga, na bagnach Luizjany, gdzie powstawały seriale Detektyw i Czysta krew, w kultowym studiu filmowym Troma, na schodach Rocky’ego w Filadelfii czy w Senoi pod Atlantą, gdzie od kilku lat kręcony jest serial The Walking Dead.

Przez Stany POPświadomości to z jednej strony pełen zabawnych anegdot, udokumentowany fotograficznie zapis trzytygodniowej podróży opowiedziany na cztery głosy, a z drugiej – pełna wspomnień i ciekawostek opowieść o popkulturze i o tym, jaki ma na nas wpływ, czy tego chcemy, czy nie. To wreszcie historia o opowieściach kryjących się za kulisami. O ludziach przypadkiem żyjących w cieniu filmowych dekoracji i celuloidowych duchów. To opowieść o Ameryce, którą… wydaje wam się, że znacie.

https://www.wsqn.pl/ksiazki/przez-stany-popswiadomosci/

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Po trudnych i emocjonalnych książkach w końcu wybrałam sobie coś, co nie tylko mnie zaciekawiło, ale również zdecydowanie poprawiło humor. I nie tylko mi, bo czytałam mężowi wybrane fragmenty po tym, jak wybuchałam śmiechem – a zdarzało się to całkiem często. „Przez stany POPświadomości” okazały się w tym przypadku książką idealną na izolację i siedzenie w domu. Zabrały nas w ciekawą podróż, rozluźniły atmosferę i rozładowały napięcie, ale przede wszystkim pozwoliły uzmysłowić sobie, jak dalece przesiąknięci jesteśmy popkulturą zza wielkiej wody.

Wiem, o co jej chodzi. Rozumiem bowiem, że czasem pytajnik to wcale nie pytajnik, a zwyczajny pogardnik albo zwariowalnik, czyli znak, który stawiasz, gdy chcesz kogoś grzecznie zapytać, czy mu już do reszty odbiło.

To nie była moja pierwsza książka Jakuba Ćwieka. A po spotkaniu autorskim dawno temu, wiedziałam, czego oczekiwać od tej lektury. Że w pewnych momentach jest bardzo bezpośrednia i mogą pojawić się w niej wulgaryzmy. To oczywiste. W końcu mówimy tutaj o autorze „Chłopców”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, odsyłam do wpisu, którym być może zachęcę Was do rozpoczęcia tej serii >>>tutaj<<<.

Od dwóch godzin snujemy się po mieście Providence. Fanom popkultury na świecie kojarzy się ono tylko z jednym, jedynym nazwiskiem. Właśnie tym, które tu nie obchodzi zupełnie nikogo. Howard Phillips Lovecraft – autor wielu tekstów z pogranicza horroru i tak zwanego weird fiction.

W tym przypadku nie tylko Ćwiek odpowiada za jakość tej historii. Jego drużyna pierścienia po części wymieniona na okładce, po części przywołana tylko w tekście, sama jest warta uwagi. To tygiel osobowości, których łączy miłość do popkultury i … kupowania pamiątek. Po części widać to nawet w formie wydania. „Przez Stany POPświadomości” to zbiór tekstów i zdjęć, które razem tworzą harmonijną całość. Czasem mamy wręcz okazję poznać to samo wydarzenie z dwóch różnych perspektyw.

Dopiero wtedy Radek przypomniał sobie, że przecież w Atlancie jest C.D.C., czyli Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi. I jakoś tak nagle wszyscy uznaliśmy, że zatrzymać się tam i stanąć sobie na ulicy, pod którą ciągną się tunele laboratoriów ze szczepami najbardziej śmiertelnych wirusów znanych człowiekowi… Tak, to jest coś, co marzy się każdemu z nas.

Zdecydowanie polecam! A powyżej cytat, który paradoksalnie wzbudził moje rozbawienie, bo autor przecież nie mógł przewidzieć w książce wydanej w 2016 r., co wydarzy się kilka lat później. W dobie koronawirusa raczej omijaliby to miejsce szerokim łukiem.

Piotr Milewski – „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”

Opis:

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie co innego niż to, po co się pojechało.”
Nicolas Bouvier

Piotr Milewski dotarł do Japonii w roku Królika. Akurat zaczęła się pora deszczowa i nad Wyspami na półtora miesiąca zawisła szara zasłona z chmur. W powietrzu unosił się gorzki zapach gnijących wodorostów. Japończycy uznają ten okres za piątą porę roku o nazwie tsuyu, co znaczy – śliwkowy deszcz. Bogowie są wtedy bliżej, ale czy sprzyjają wędrowcom?

Wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem.
Próbował uchwycić ducha archipelagu i zrozumieć mieszkających tam ludzi, którzy – mimo że gościnni i serdeczni – pozostali dla niego zagadką.

„Dzienniki japońskie” to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu jako takim: o jego filozofii i sensie, a także piętnie, jakie odciska na świadomości wędrowca.

https://www.znak.com.pl/ksiazka/dzienniki-japonskie-piotr-milewski-6174

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Dzienniki japońskie to zbiór zebranych wspomnień, gruntownie przemyślanych i dobrze opisanych, za pomocą których Piotr Milewski zabiera czytelnika na wędrówkę uliczkami większych i mniejszych miast Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydana w 2015 roku książka zawiera wspomnienia z roku 1999 i 2002. Jest to wędrówka opowiedziana przez pryzmat czasu. Dopieszczona faktami historycznymi i anegdotami, a także utworami literackimi i wewnętrznym komentarzem autora.

Być może było jednak coś na rzeczy w tym odczuciu oddalenia od centrum, brak tu bowiem typowego dla metropolii ulicznego tłoku, choć – jak wszędzie w tym mieście – dokuczał niedostatek otwartej przestrzeni. Sąsiedzi się znali. Kłótnie rozwiązywano po cichu, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Win się nie zapominało, ale najczęściej wybaczało, bo trudno przy takim ścisku żyć w niezgodzie. A gdy komuś stało się coś złego, mógł liczyć na pomoc sąsiada.

Z jakiegoś powodu mam jednak wrażenie, że to nie jest książka dla wszystkich. Ma to związek z samą formą wędrówki, a nie ze sposobem jej opisu. Nie oszukujmy się, turyści zazwyczaj mają określony plan, cel i fundusze ze względu na ograniczony czas tygodnia czy dwóch, a wizja spania na ławce w śpiworze, łapania stopa czy 30-kilometrowy marsz, to nie jest forma urlopu, który każdego zadowoli. Z jednej strony doświadczenia autora są bezcenne, bardzo bezpośrednie, i dzięki nim widział i przeżył więcej niż zwyczajni turyści z zagranicy. Z drugiej do takiego podróżowania trzeba mieć odwagę i samozaparcie.

Warto jest poruszać się bez planu. Nic nas wtedy nie ogranicza. Nic nie uwiera i nie kusi. Ci, którzy tworzą plany, mają też oczekiwania, a potem często czują żal: czegoś nie zobaczyli, dokądś nie dotarli, ktoś zatrzasnął im drzwi przed nosem. Niekiedy też to, co zastali, wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.

Wbrew pozorom, poza kilkoma przypadkami, wydaje się, że los autorowi sprzyja. Podróż wydaje się wręcz prosta, łatwa i przyjemna. A niedogodności i problemy Milewski łatwo przezwycięża. W dodatku wszystko jest płynnie i spójnie opisane, co jeszcze potęguje takie wrażenie.

Wystarczy, że wejdziesz w boczną uliczkę, tuż obok dworca, przy dzielnicy rozrywek, koło ratusza czy za sklepem, i szarość wyjdzie w pełnej krasie, w wielu odcieniach, o zróżnicowanej intensywności. Nie smutna, jednolita, depresyjna szarość. Szarość ciekawa, zaskakująca, melancholijna, przerywana soczystą zielenią nielicznych skwerów i cynobrem kapliczek szintoistycznych. Ta szarość ma coś, co przyciąga i fascynuje. Jest w niej smutek przemijania i nadzieja na przyszłość. Nie powoduje ona jednak, że japońskie miasta są ładne, zgrabne czy ponętne. Nie przydaje im tajemniczości, na którą nabiera się wielu przyjezdnych. Nie, taką mocą ona nie dysponuje. Dlatego też o tutejszych metropoliach można co najwyżej powiedzieć, że są schludne i, miejscami, dobrze zorganizowane. Nie są przy tym trwałe, bo trwałość materii nie jest w tym kraju priorytetem. Znacznie ważniejsza jest trwałość więzi, trwałość pamięci, ciągłość tradycji i pokoleń. Budynków nie stawia się tu z myślą o następnych generacjach. Są tu i teraz. A jutro? Kto wie, co przyniesie jutro? Jutra może już nie być.

„Dzienniki japońskie” czytało mi się bardzo przyjemnie i choć wędrówki piesze nie są mi obce, nie zdecydowałabym się na taki typ podróżowania jak autor, nawet w granicach naszego kraju. Dzięki Milewskiemu poznajemy Japonię w inny sposób, wyruszamy poza rogatki Tokio, zwiedzamy różne miasta, doświadczamy nowych sytuacji, a przede wszystkim spotykamy innych ludzi.

Polecam!