Madeline Miller – „Kirke”

Opis:

Matka – Wiedźma – Bogini – Kreatorka – Niszczycielka – Potwór – Kobieta – Wyrzutek

Kirke

Daj się jej oczarować.

Jeśli chcesz wiedzieć, kim jesteś, zawalcz o swoje miejsce na świecie.

Kirke długo nie wiedziała, kim jest. Urodziła się wśród bogów, lecz była dla nich zbyt mało potężna. Zbyt mało piękna. Zbyt mało okrutna. Wszyscy myśleli, że nie ma żadnej mocy. Lecz kiedy spotkała pierwszego śmiertelnika, stało się jasne, że drzemie w niej siła, która może zagrozić wszystkim bogom. A wtedy zaczęli się bać.

Kirke musiała zapłacić za ich strach. Odtrącona przez bogów i ludzi była zmuszona sobie radzić sama. Kolejne próby, przed którymi postawił ją los, przygotowywały ją do tej najważniejszej. Aby ochronić to, co kocha, Kirke będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować raz na zawsze, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.

Moja ocena: Dobra (***)

Moja pierwsza recenzja w nowym roku, choć ta mitologiczna podróż była ostatnią, jaką odbyłam w roku 2020. Dawniej uwielbiałam mitologię grecką i rzymską. Z czasem to uwielbienie osłabło, ale wciąż z rozrzewnieniem wspominam te czasy. Za sprawą „Kirke” poznajemy nieco inne oblicze tytanów, bogów i śmiertelników. Świat nieśmiertelnych rządzi się własnymi prawami, ale wbrew pozorom nie różni się od ludzkiego. Wszelkie emocje są identyczne: od miłości do nienawiści.

– Pomogłeś śmiertelnym – wymamrotałam. – Dlatego cię ukarano.
– Tak.
– Powiesz mi, jacy oni są?
To było dziecinne pytanie, ale skinął głową z powagą.
– Na to nie ma jednej odpowiedzi. Każdy jest inny. Łączy ich jedynie śmierć. Znasz to słowo?
– Znam – powiedziałam. – Ale go nie rozumiem.

Książkę początkowo czytało mi się ciężko. Miał na to wpływ stylizowany język, miejscami bogaty, czasem trochę pompatyczny, ale dla mnie przyciężkawy w odbiorze. To nie znaczy, że lektura jest napisana źle, po prostu zmusiła mnie do większej uwagi, której w tamtej chwili nie mogłam jej poświęcić. Zupełnie subiektywny odbiór i odczucia. Gdy już potocznie mówiąc, wgryzłam się w opowieść, było znacznie lepiej.

Pozwólcie, że powiem, czym czarna magia nie jest: to nie boska moc, która przychodzi na zawołanie. To coś, co należy stworzyć, wypracować, zaplanować i odnaleźć, wykopać, wysuszyć, posiekać i utłuc, uwarzyć i odpowiednio wymieszać. Nawet po tym wszystkim może zawieść, w przeciwieństwie do bogów.

Tytułową czarodziejkę znamy głównie jako epizodyczną postać z historii o Odyseuszu. Madeline Miller rozszerza ten wątek i przedstawia jej losy także przed i po tych wydarzeniach. Historia Kirke uwypukla bezwzględność bogów, rzuca cień na przygody znanych bohaterów. Odziera ich ze świetności i zrzuca z piedestału. Można odnieść wrażenie, że autorka walczy z epopeją jako utworem literackim. Podważa sposób przedstawiania historii antycznej z charakterystycznym przeświadczeniem o słuszności wyborów i łaski panów z Olimpu dla słusznej sprawy, gdzie rola ludzi sprowadza się do bycia pionkiem w grze nieśmiertelnych. Dość luźno przytaczając słowa padające w książce, człowiek nieszczęśliwy bardziej powierza swój los w ręce bogów i składa im ofiary, niż kiedy jest szczęśliwy. Dlatego zsyłanie na niego nieszczęść bardziej im się opłaca.

Każdy kolejny wysiłek uczył mnie na pewno tego, że warto się wysilić.

Historię oceniam na dobrą. Zainteresowała mnie, choć nie wbiła w fotel. Miller postanowiła stworzyć kobiecą postać, dążącą do niezależności w bardzo zmaskulinizowanym świecie. Wygnanie zamiast być dotkliwą boską karą, staje się dla czarodziejki drogą do poznania samej siebie i otwiera przed nią nowe możliwości. To trochę inne spojrzenie na antycznych bohaterów od tego,które znamy. Lektura zdecydowanie warta uwagi.

Polecam!

David Lagercrantz – „Ta, która musi umrzeć”

Opis:

Coś dla fanów serii „Millennium”! Długo oczekiwane zakończenie cyklu, które sprawi, że podczas lektury będziecie mieć gęsią skórkę.

Nie trzeba dodatkowo zachęcać do sięgnięcia po „Tą, która musi umrzeć”, ponieważ wiadomo, że Blomkvist i Salander nigdy nie zawodzą.

W samym centrum szwedzkiej stolicy odnalezione zostaje ciało martwego mężczyzny. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że jest to tragiczna, lecz przypadkowa śmierć bezdomnego. Niestety nie udaje się ustalić jego tożsamości, nawet pomimo dosyć charakterystycznych cech. Fredrika Nyman, będąca lekarzem sądowym, postanawia zaufać swojemu wewnętrznemu głosowi i kontaktuje się z Mikaelem Blomkvistem. Początkowo jest ON dosyć sceptycznie nastawiony do pomysłu, aby zająć się tą sprawą.

Świadkowie z miejsca zdarzenia twierdzą, że bezdomny mężczyzna kilkukrotnie mamrotał coś na temat szwedzkiego ministra obrony – Johannesa Forsella, co tak naprawdę mogło łączyć zwykłego bezdomnego z ministrem? Czy w ogóle coś takiego istnieje? Blomkvist za wszelką cenę stara się złapać kontakt z Lisbeth Salander, bezskutecznie. Kobieta wyjechała z kraju krótko po pogrzebie Holgera Palmgrena i od tej pory ślad po niej zaginął. Mikael nie wie , że Lisbeth udała się do Moskwy, aby wyrównać dawne rachunki ze swoją siostrą.

Ostatnia część bestsellerowej serii po raz kolejny udowadnia, że David Lagercrantz w doskonały sposób łączy nowoczesne technologie z delikatnymi rozgrywkami potęg areny międzynarodowej i licznych politycznych skandali.

https://www.taniaksiazka.pl/millennium-tom-6-ta-ktora-musi-umrzec-david-lagercrantz-p-1261336.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Koniec roku to okazja do podsumowań i kończenia rozpoczętych spraw. Ja postanowiłam skończyć książkowy rozdział, jakim była dla mnie seria Millennium. I chociaż trylogia, którą stworzył Larsson, wydaje się kompletna, miło było wrócić za sprawą Lagercrantza do znanych bohaterów. Prawda jest jednak taka, że dopiero „Ta, która musi umrzeć” najbardziej oddaje atmosferę pierwszych trzech części. Gdy zagadki, zwroty akcji, strzelaniny czy wykorzystanie technologii są wyrównane i dozowane czytelnikowi w odpowiednich porcjach.

„– Sądzę, że śmierć zasługuje na szacunek nawet w przypadku tych najnędzniejszych spośród nas.
– To oczywiste – odparł z naciskiem, jakby chciał naprawić poprzednią niezręczność.
– Właśnie – zauważyła – pod tym względem Szwecja zawsze była państwem cywilizowanym. Jednak z roku na rok mamy coraz więcej bezimiennych zwłok, co mnie bardzo martwi. Wszyscy mamy po śmierci prawo do swojej tożsamości i do swojej historii.”

„Ta, która musi umrzeć” od samego początku wciągnęła mnie bardziej niż poprzednia część. Fabuła tego tomu do pewnego momentu toczy się dwutorowo. Jeden z motywów zabiera nas w Himalaje, więc chociaż w taki sposób możemy znaleźć trochę śniegu i mrozu. Dodatkowo atmosferę rozgrzewa wartka akcja, tajemnice i zemsta. Przyznam, że bardzo dobrze się bawiłam. Strony same znikały w zawrotnym tempie.

Będzie mi brakowało barwnych postaci Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista, ale dobrze, że ta historia dotarła do końca i wszystko się wyjaśniło. Zdecydowanie będę polecać całą serię, bo po prostu warto. Dla fanów kryminałów pozycja obowiązkowa. Dla szukających wrażeń. Dla wielbicieli tajemnic.

Dolores Reyes – „Ziemiożerczyni”

Opis:

Magiczny realizm prosto z obrzeży Buenos Aires. Liryczna i brutalna powieść balansująca na granicy przerażającej rzeczywistości i ludowych wierzeń.

„Dlaczego ja, ziemio?”

Kiedy była małą dziewczynką, połknęła ziemię i doznała wizji, jak ojciec bije matkę na śmierć. Wtedy Ziemiożerczyni odkryła w sobie niezwykły dar, który wyznaczył jej życiu nową ścieżkę.

Wieść o lokalnej jasnowidzce roznosi się po okolicy. Kolejni krewni zaginionych osób stają przed nią z garstką ziemi i nadzieją na poznanie prawdy.

Jednak w miejscu, gdzie zaniedbanie i niesprawiedliwość względem kobiet wypływają z każdego zakątka, nie ma przyzwolenia na prawdę.

Moja ocena: Dobra (***)

Przygotowania na grudniowy Dyskusyjny Klub Książki upłynęły pod znakiem „Ziemiożerczyni” autorstwa Dolores Reyes. Co prawda jest to tytuł mało świąteczny, ale dość krótki, więc jeśli chcecie polepszyć swoje czytelnicze statystyki pod koniec roku, z pewnością się do tego nada. Przyznam się, sama właściwie nie wiem, co sądzić o tej książce. Ciężko powiedzieć czy mi się podobała, czy nie, choć z pewnością zaintrygował mnie tytuł. Temat, mimo że osobliwy, na swój sposób jest interesujący. Byłam ciekawa, co wydarzy się dalej.

Zaczęłam zauważać, że ci, którzy szukają bliskiej osoby, mają coś, jakby bliznę blisko oczu, blisko ust, mieszankę bólu, złości, siły, oczekiwania, przybierającą określony kształt. Jakąś skazę, w której żyje ten, kto nie wraca.

Lekturę czytało mi się dość szybko i fabuła od razu mnie wciągnęła, ale… Mimo tego, że ta historia na wielu płaszczyznach jest przejmująca, czegoś mi w niej brakowało. Nie wczułam się tak, jak powinnam, choć to opowieść o desperacji, bólu i nadziei. „Ziemiożerczyni” jest napisana prosto i uniwersalnie. Przez to ciężko zżyć się z bohaterami, o których de facto mało co wiemy. Gdyby zmienić im imiona i wrzucić w inny krąg kulturowy, to ta historia cały czas miałaby sens. Jakby nie patrzeć, można to uznać zarówno za atut, jak i wadę.

Książka mnie nie zachwyciła, ale to nie był źle spędzony czas. Po prostu są lektury, które trafione w dobrej chwili, znacznie zyskują w oczach. Widocznie w moim przypadku to nie była idealna chwila dla „Ziemiożerczyni”. Polecam, może Wam spodoba się bardziej. Czekam na Wasze wrażenia!