Louisa May Alcott – „Małe kobietki”

Opis:

Czym jest wolność i jak podążać własną ścieżką? Pod koniec XIX wieku niewiele kobiet się nad tym zastanawia, jednak Marmee March uczy tej postawy swoje córki. Meg, Jo, Beth i Amy – cztery siostry o wyrazistych charakterach, mimo trwającej wojny secesyjnej, nieobecności ojca i wielu trudności dzielą się z innymi entuzjazmem i miłością do życia.

Od powstania „Małych kobietek” minęło sto pięćdziesiąt lat, a jednak ponadczasowa powieść niezmiennie inspiruje kolejne pokolenia; to historia o dorastaniu, buncie przeciw społecznym oczekiwaniom, zwłaszcza wobec kobiet, i balansowaniu pomiędzy potrzebą niezależności a miłością.

https://sklep.poradniak.pl/kolekcja/nowosci/male-kobietki-louisa-may-alcott

Moja ocena:

Sama jestem zdziwiona, jak bardzo podobała mi się ta historia. Klasyki literatury kobiecej unikałam jak ognia. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, czy to już starość? Tak jak na jednym internetowym memie, gdzie pojawiają się seniorzy 30+. Powieść Alcott wybrałam tylko dlatego, że prześladował mnie trailer najnowszej ekranizacji z Saoirse Ronan i Emmą Watson. W tym miejscu miała się pojawić recenzja pierwszej części jej cyklu dla dziewcząt pt. „Małe kobietki”, ale że na Legimi przeczytałam wersję z kinową okładką, okazało się, że są tu dwie książki w jednej. Idąc za ciosem, sięgnęłam po kolejne tomy i wcale tego nie żałuję, choć moja ocena różniła się w zależności od tomu.

Moje drogie dziewczynki, mam w stosunku do was ambicje, ale nie chodzi mi o to, byście zrobiły furorę w świecie: wyszły za mąż za bogatych mężczyzn wyłącznie ze względu na ich bogactwo albo miały wspaniałe pałace, które nie są domami, bo brakuje w nich miłości. Pieniądze są rzeczą cenną i potrzebną – a jeśli dobrze użyte, także szlachetną – ale nie chciałabym nigdy, żebyście uważały je za główny czy jedyny cel w życiu. Wolałabym raczej widzieć was jako żony biednych mężczyzn, ale szczęśliwe, kochane i zadowolone, niż jako królowe na tronach, pozbawione szacunku dla siebie i spokoju.

„Małe kobietki” to przyjemna, zabawna opowieść na chłodne wieczory z kubkiem ciepłego napoju, opowiadająca o siostrzanej i matczynej miłości. Historia z morałem starająca się udowodnić, że pieniądze szczęścia nie dają, choć potrafią uczynić wiele dobrego. W tym przypadku prawdziwym szczęściem jest kochająca rodzina, gotowa pomagać ubogim, mimo że sama jest doświadczona przez los. Być może jest to trochę idealistyczne podejście, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale potrzebujemy powieści traktujących o wartościach, oraz o dobrych i prostych ludziach. Małe kobietki mierzą się z różnymi przeciwnościami i pokusami, ale uczą się na swoich błędach i każda taka lekcja pozwala im wyciągnąć z siebie wnioski. Nagłe pogorszenie stanu materialnego nie sprawiło, że nagle zniknęły ich wszystkie pragnienia o pięknych sukienkach i przystojnych, bogatych kawalerach, ale zajęte pracą i pomocą swojej matce, coraz bardziej oddalają się od blichtru i próżności, pokładając wiarę w Bogu i w sile łączących ich wzajemnie relacji.

– Mylisz się. Zawsze będę starała się zmienić porządek rzeczy i oby było jak najwięcej takich ludzi, bo inaczej świat mody nie posunąłby się naprzód. Niestety, nigdy nie dojdziemy na ten temat do porozumienia. Ty bierzesz z życia to, co najlepsze, ale ja to, co najciekawsze. I dlatego wolę już pozostać „czarną owcą”.

Na Goodreads spotkałam się z opinią po angielsku, że jeśli tak jak mnie, spodoba Wam się buntownicza Jo, lepiej nie sięgać po kolejne części. I coś w tym jest. Mimo że pierwsze dwa tomy pokazują silne i coraz bardziej niezależne kobiety, ideałem wciąż pozostaje bycie dobrą żoną i matką. Nic w tym dziwnego, skoro pierwsza część ukazała się w 1868 r. Bohaterki z małych kobietek wyrastają na dorosłe kobiety i przyjmują na siebie różne role, choć wtłoczone w ten ideał. W takim świecie swoje miejsce znalazła również Jo.

Widzi pani, ludzie chcą, żeby ich bawiono, a nie prawiono kazania. Moralność się dziś nie sprzedaje.

Polecam! Przyjemna, niekiedy zabawna, opowieść z morałem, która pozwoli dobrze spędzić czas. W niektórych miejscach uniwersalna i wciąż aktualna. To jedna z tych lektur, które starają się udowodnić, że warto dążyć do bycia dobrym człowiekiem.

Einar Kárason – „Sztormowe ptaki”

Opis:

Rozpaczliwa walka islandzkich rybaków z bezlitosnymi siłami natury.

W samym środku zimy trawler Mewa wyrusza na połowy karmazyna w okolicach Nowej Fundlandii. Na pokładzie przebywa trzydziestu dwóch członków załogi. Błyskawicznie zapełniają ładownie i kiedy przygotowują się do powrotu do domu, następuje gwałtowne załamanie pogody – morze jest lodowate, a na konstrukcji statku zaczyna się odkładać lód. Szaleje wichura, dokucza siarczysty mróz.

Lodowy pancerz podtapia jednostkę, fala za falą przelewa się przez burty. Na pełnym morzu ludzie nie mają zbyt wielu możliwości ratunku. Ze statków przebywających na tych samych łowiskach docierają do nich sygnały s.o.s. Wszyscy walczą o życie.

Dzięki gęstej i pełnej napięcia narracji oraz historii opartej na prawdziwych wydarzeniach Einar Kárason wyznacza nowe ścieżki dla swojej twórczości.

https://wuj.pl/ksiazka/sztormowe-ptaki

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Kolejna książka z Serii z Żurawiem zabrała mnie na mroźne wody Nowej Fundlandii. Einar Kárason stworzył prostą w formie, ale bardzo przejmującą powieść, opartą na prawdziwych wydarzeniach. Wyprawa na połów ryb, dla załogi jedyne źródło utrzymania, zamienia się w niebezpieczną walkę o życie. Obserwujemy ją z perspektywy kapitana i innych członków załogi, którzy zostali zmuszeni do zmierzenia się z samą naturą. W tym miejscu przypomniał mi się „Terror” Dana Simmonsa. Choć tamta historia była bardziej złożona, również przytłaczała atmosferą, a lód mroził do szpiku kości. Obie książki poza czasem, powinny mieć w zestawie koc i gorący, parujący napój, który rozgrzeje czytelnika.

Matka już nic nie mówiła, pocałowała tylko syna, przytuliła do siebie, poprosiła Boga i los, by mu sprzyjali, nie wspomniała o złych przeczuciach, zwłaszcza że nie wypada zapeszać, gdy ludzie ruszają w daleką podróż. A zresztą, co ona tam wie o pracy na morzu czy niebezpieczeństwach czających się na wodach oceanu: matka nigdy nie trudniła się marynarskim fachem, choć przecież straciła ojca, brata i dziadka na morzu. Praca islandzkiego rybaka pełnomorskiego jest jak służba w wojsku podczas wojny.

„Sztormowe ptaki” czytało mi się bardzo dobrze i szybko. To lektura na jeden haps. Książka ma jedynie 123 strony. Tak się złożyło, że w trakcie czytania popsuła mi się pralka, więc dodatkowo miałam w tle odgłosy płynącej wody i zgrzyt metalu. Co prawda daleko tym dźwiękom do morza i pływającego na nim statku, ale i tak zrobił się klimat. Brakowało tylko niepogody za oknem.

Polecam! Książka z pewnością warta uwagi, zwłaszcza jeśli nie mamy za dużo czasu na lekturę.

Taylor Jenkins Reid – „Daisy Jones & The Six”

Opis:

12 lipca 1979 roku. Daisy Jones & The Six, najsławniejszy zespół rock’n’rollowy na świecie, daje koncert, na którym szaleje tysiące osób. Nikt jeszcze nie wie, że to ich ostatni wspólny występ. Jak doszło do tego, że kultowy zespół, którego piosenki królowały na wszystkich potańcówkach, przestał istnieć tak nagle?

To, co stało się między członkami zespołu, było wielką tajemnicą. Aż do teraz.

Autorka bestselleru „Siedmiu mężów Evelyn Hugo” wreszcie w Polsce ze swoją najgłośniejszą powieścią w rytmie Rock’n’Rolla i ze słonecznym Los Angeles w tle. Porywająca historia w klimacie różowych lat 70, kiedy rządziły płyty winylowe, a kolorowe neony oświetlały ulice największych miast Stanów Zjednoczonych. Gdyby zespół Daisy Jones & The Six istniał naprawdę, mielibyście go na swojej playliście!

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

„Daisy Jones & The Six” to moja kolejna książka z muzyką w tle. Spora dawka amerykańskiego rocka z lat 70. XX w., który najlepiej opisuje slogan: sex, drugs & rock’n’roll. Czuć ten klimat swobody, wolnej miłości i wspomagaczy w formie narkotyków. To poczucie młodości i nieśmiertelności. Wszechobecna odwaga na nowe doświadczenia i gotowość do popełniania błędów.

Jednak w pewnym momencie musisz zrozumieć, że nie masz kontroli nad nikim, musisz się wycofać i przygotować, bo być może przyjdzie ci łapać tego, kto upadnie. To jedyne, co możesz zrobić. (…) czujesz, że wrzuciłeś do morza kogoś, kogo kochasz, i modlisz się, żeby wypłynął o własnych siłach, bo ty możesz tylko patrzeć.

Powieść zaskakuje formą. Narracja jest poprowadzona w formie wywiadów do biografii. Nadaje to sporą dawkę realizmu. W taki sposób mogłaby zostać napisana historia niejednego zespołu. Ten sposób narracji wpływa na szybkość i lekkość czytania, jeśli ktoś jest jednak przyzwyczajony do jednolitego tekstu, taki sposób pisania może nie przemówić. Tutaj wciąż przeskakujemy między postaciami, między wypowiedziami na dany temat, czasem skrajnymi opiniami.

Właśnie to zawsze uwielbiałam w muzyce. Nie dźwięki, tłumy, dobre chwile czy słowa, lecz emocje, historie, prawdę, które wypływają prosto z twoich ust.

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką, które uznaję za bardzo udane, mimo to nie mam ciśnienia, by poznać jej inne książki. Daisy przyciągnęła mnie okładką, nie opisem. Jeśli chcecie przyjemnie spędzić czas i nie razi Was alkoholowe-narkotyczne życie artystów — to książka dla Was. Nie oczekujcie pozycji z morałem, jeśli w grę wchodzą używki, seks i muzyka, ale to, co będziecie w stanie dostrzec między wierszami, jest warte przeczytania. Choć „Daisy Jones & The Six” to głównie pozycja o rozrywce dla rozrywki.