Ali Smith – „Zima”

Ostatni wpis w 2021 roku. Szok! Jak ten rok szybko minął. Choć w tym roku co i rusz dopada mnie zastój czytelniczy i czasami ciężko mi czytać przy małym dziecku, ale w liczbach nie wypada to aż tak źle.

Kiedy na Dyskusyjnym Klubie Książki padło pytanie o propozycje książkowe na grudzień, to „Zima” była moją pierwszą myślą. Nie czytałam książek Ali Smith, ale seria czterech pór roku już od jakiegoś czasu krążyła w mojej głowie. Wydawała mi się idealnym wyborem, tym bardziej że ostatni miesiąc w roku chcielibyśmy widzieć zimny, w białej szacie. W dodatku jest klimatyczny, dla niektórych świąteczny, dla innych zaś kiczowaty i przereklamowany. Niemniej sam tytuł do czegoś obliguje, prawda?

To jedna z tych powieści, w której się płynie. Jest tak napisana, że nie tylko łatwo się ją czyta, ale styl sam w sobie sprawia czytelnikowi przyjemność. Choć ta historia rozwija się niespiesznie i przeskakuje między wątkami, w żadnym wypadku mnie to nie raziło. Co więcej, wydawało się adekwatne do tematu.

Warto wspomnieć o kreacji bardzo różnorodnych bohaterów. Z własną osobowością i swoimi problemami. Choć wydaje się, że takie połączenie to mieszanka wybuchowa, to wigilijny stół jest w stanie wiele unieść. Świąteczny czas staje się dla bohaterów szansą na spotkanie i daje możliwość zastanowienia się nad swoim życiem. W dodatku książka nie jest pozbawiona pewnej dozy specyficznego humoru, który tworzy wręcz irracjonalne i groteskowe sytuacje.

Z pewnych względów „Zima” okazała się dla mnie lekturą bardzo melancholijną i smutną. Postacie przedstawiają sobą różne typy samotności. Sophia samotność osoby starszej, która nie potrafi się już odnaleźć w otaczającym ją świecie. Żyje przeszłością. Jej syn Arthur samotność nowoczesną, przeniesioną do internetu, ale cały czas bardzo rzeczywistą. Wyobcowanie, które sprawia, że z różnych względów mężczyzna nie wpasowuje się w „tu i teraz”. Lux samotność imigranta w obcym kraju, oddzielonego od rodziny. Znająca Shakespeare lepiej od Brytyjczyków. A Iris samotność osoby poświęconej „misji”, jakakolwiek by ona nie była, która oddziela ją od reszty rodziny.

„Zima” zmusza do przemyśleń i zwraca uwagę czytelnika na ważne tematy Z pewnością sięgnę po inne książki z tego cyklu.

Zdecydowanie polecam!

Okładka komiksu Dom Pokuty

„Dom pokuty”

„Dom pokuty” to jeden z dwóch komiksów, które przeczytałam ostatnio na Dyskusyjny Klub Książki. Horror na papierze, bo przełom października i listopada jakoś naturalnie wpływa na dobór tematów do przeczytania. Nie ważne, czy mowa o książce, czy o komiksie. Zazwyczaj na blogu nie pojawiają się wpisy o historiach obrazkowych. Jednak po skończeniu Domu Pokuty, naszła mnie myśl, jak często szufladkujemy ten typ historii. Ciężko zliczyć, ile razy spotkałam się ze stwierdzeniem, że komiks jest tylko dla dzieci.

Chociaż wiele historii może otrzymać przyjemną dla oka formę i podobać się najmłodszym, to komiksy potrafią poruszać bardzo wiele poważnych tematów. Przez to mogą okazać się za trudne dla niektórych odbiorców. Część zaś w mniej lub bardziej dosadny sposób ukazuje nagość, przemoc itp. Tym samym je dyskwalifikuje. Niestety wciąż w społeczeństwie pokutuje przeświadczenie, że komiks to Kaczor Donald czy Tytus, Romek i A’Tomek, radosne historie z morałem i pozytywnym zakończeniem. Ot, głupiutkie historyjki do pośmiania się. Nic bardziej mylnego.

Dom pokuty to wbrew pozorom trudna i dojmująca historia o życiu z poczuciem winy. Bohaterowie za wszelką cenę pragną spokoju, ale muszą zmagać się z własnymi demonami. Styl rysunku dodatkowo podkreśla mroczny i niepokojący charakter całej opowieści. Wciąga i zarazem intryguje. To niebezpieczne połączenie zatrzymuje czytelnika do ostatniej strony. Doceniam sposób budowania napięcia, które musi być równo rozłożone między dane części zeszytu: początek, rozwinięcie i zakończenie. I tak kilka razy. Niczym sinusoida. Zazwyczaj w moje ręce trafia gotowy zbiór – całość, nie muszę więc czekać, aż autorzy wypuszczą kolejny zeszyt. Wiem jednak, jak czeka się na kolejną część, gdy zakończenie poprzedniej daje zbyt duże pole do domysłów. Czeka się z niecierpliwością.

Zaczęłam chodzić na DKK, bo chciałam poszerzyć mój czytelniczy horyzont. Z pewnością się to udało, bo z komiksami nie było mi jakoś po drodze. Preferuję książkę, bo sama mogę sobie wyobrazić daną scenę. Wysilić się. Komiks, animacja czy film podają wszystko na talerzu. Choć jak to z daną kuchnią bywa. Jednym smakuje, innym nie.

Co sądzicie o komiksach? Strata czasu czy ciekawa alternatywa?

Swietłana Aleksijewicz – „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”

Opis:

„26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Awaria czarnobylska była najpotężniejszą z katastrof technologicznych XX wieku”.

Dwadzieścia lat później Swietłana Aleksijewicz wróciła do Czarnobyla. Rozmawiała z ludźmi, dla których ten dzień był końcem świata, którzy żyć nie powinni, ale przeżyli i żyją, bo żyć trzeba. A oni opowiedzieli jej o tym, co wydarzyło się wtedy, i o tym, co jest tam dziś. O ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o dziwnych stworach, które pojawiły się w rzekach i lasach. I o tym, że mimo wszystko ludzie chcą być szczęśliwi.
Podobnie jak w książce o radzieckich żołnierkach wybitna białoruska dziennikarka stawia nas wobec bezlitosnej prawdy. To książka o apokalipsie, która nastąpiła pewnej kwietniowej nocy tuż za naszą wschodnią granicą.

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/czarnobylska-modlitwa

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

O Czarnobylu słyszał chyba każdy. Jedna z czarnych kart historii atomowej. To pewna przestroga dla przyszłości o tym, jak ostrożnie trzeba obchodzić się z rzeczami, które uznajemy za „pożyteczne”. Bo niebezpieczeństwo nie zawsze przybiera formę atomowego grzybka. Szczerze napiszę, że gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki, to raczej nie sięgnęłabym po książkę Swietłany Aleksijewicz. Temat Czarnobyla nigdy nie był w kręgu moich zainteresowań. Bardzo cieszę się, że jednak miałam okazję przeczytać „Czarnobylską modlitwę”.

Pojechałem do strefy czarnobylskiej. Wielokrotnie już tam byłem. Tam zrozumiałem, że jestem bezradny. Że nie rozumiem. I ta bezradność mnie wykańcza. Bo nie poznaję świata, w którym wszystko się odmieniło. Nawet zło jest inne. Przeszłość już mnie nie broni. Nie uspokaja. Nie ma w niej żadnych odpowiedzi. Kiedyś zawsze były, a dzisiaj nie ma. Wykańcza mnie przyszłość, nie przeszłość.

Nie wiem, czy o tego typu książkach można mówić, że są bardzo dobre, wciągające, że się w nich płynie. Jakoś nie wypada, ale takie miałam odczucia przez cały czas, kiedy czytałam. Jest to pozycja bardzo dobrze napisana. Ze smakiem, ale bez wygładzania. Bardzo podobało mi się użycie formy monologów, przy których czytelnik ma wrażenie, jakby osobiście słuchał wspomnień danej osoby. I choć mowa tu o Czarnobylu, ta książka jest de facto o ludziach, których połączyło jedno miejsce i czas. Obserwujemy życie, które rok 1986 wywrócił do góry nogami. Od niektórych historii włos się jeży, inne wzbudzają smutek, gniew lub niedowierzanie. Obok wielu opowieści nie można przejść obojętnie. Każda jest wartościowa na swój własny sposób.

Zdecydowanie polecam! „Czarnobylska modlitwa” pozwala nie tylko poszerzyć swoją wiedzę na temat tego miejsca i co się wydarzyło, ale jaki miało bezpośredni i pośredni wpływ na mieszkających w pobliżu zwykłych ludzi i ich historię. Bo wydarzenia pamiętamy, ale jaki miały wpływ na życie ludzkie? Już trochę gorzej.