Euny Hong – „Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu”

Opis:

Kiedyś zakazywano tu minispódniczek u kobiet i długich włosów u mężczyzn. Teraz masowo produkuje się światowej sławy boysbandy, seriale telewizyjne i smartfony. Jak to się stało, że niemal w każdym domu znajdują się dziś produkty marki Samsung? Jak do tego doszło w tak krótkim czasie? Gigantyczna popularność piosenki „Gangnam Style” nie była przypadkowa.

Ten utwór to jedno z wielu narzędzi perfekcyjnie dopracowanej i nieprawdopodobnie skutecznej strategii wypracowanej przez Koreę Południową, która postanowiła zostać największym eksporterem popkultury. Euny Hong jako dziecko przeprowadziła się z USA do dzielnicy Gangnam w Seulu. Na jej oczach Korea Południowa dokonała przyspieszonego rozwoju gospodarczego, przechodząc od dyktatury wojskowej do liberalnej demokracji. Z reporterską wnikliwością autorka opisuje, jak Korea Południowa wkroczyła w XXI wiek, stając się światowym liderem w biznesie, technologii, edukacji i popkulturze.

https://relacja.net/product-pol-472-Cool-po-koreansku-Narodziny-fenomenu-czyli-jak-jeden-narod-podbil-swiat-za-pomoca-popkultury.html

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Moje zainteresowanie Azją trwa już bardzo długo i nie tyczy się tylko książek! W dodatku dzieli się na różne okresy. Kiedy byłam dzieckiem, w telewizji królowała „Czarodziejka z księżyca” i jak na złość, udawało mi się wrócić ze szkoły dosłownie na końcówkę serialu. Przez to później moje zamiłowanie do mangi i anime jako nastolatki stało się naturalne. Chciałam nauczyć się japońskiego itd. itp. Od anime przeszłam do normalnych seriali czy filmów z angielskimi napisami. I wtedy (już jako osoba dorosła) poddałam się hallyu.

Hallyu, czyli tzw. „Koreańska fala” – ekspansja południowokoreańskiej popkultury na świat, powoli przeniosła ciężar moich zainteresowań na ten właśnie kraj. Większą uwagę zwróciłam na różnorodność azjatyckich seriali. Południowokoreańskie, japońskie lub chińskie dramy czy tajlandzkie lakorny potrafią nieźle wciągnąć. Podobnie programy rozrywkowe z gwiazdami, z ich komediowym wymiarem. Lubię je, bo są inne niż nasze programy telewizyjne.

Poza nielicznymi utworami koreańska muzyka pop jest mi obca. Być może dlatego, że wolę cięższą muzykę, więc w tej kategorii bliżej mi do j-rocka czy j-metalu niż do k-popu (chociaż „znam” inne koreańskie zespoły poza BTS). Nieznajomość języka w niczym mi nie przeszkadza, i tak świetnie się bawię.

Niektóre koreańskie piosenki dobrze pasują do playlisty do biegania! 🙂
Niektóre wpadają w ucho…
A przy innych można leniwie pobujać głową.

A teraz do meritum, czyli słów kilka o książce Euny Hong – „Cool po koreańsku”. Autorka skupia się na przedstawieniu hallyu jako zjawiska, które umieściło kraj w światowej czołówce. Dzieli rozdziały na różne formy koreańskiej fali, dlatego bardzo łatwo odnaleźć interesujące nas zagadnienie, np. muzyka, drama, film itp. Uważam jednak, że cała lektura jest warta uwagi. To lekko napisana historia kraju, który nie tylko potrafił podnieść się z kryzysu, ale zaczął wyznaczać pewne standardy, do których dążą inni. Przeszedł drogę od „szajsunga” do Samsunga. A wszystko w mniejszym lub większym stopniu kręci się wokół kultury popularnej.

„Lu­dzie uro­dze­ni w wol­no­ści nie uwa­ża­ją jej za coś spe­cjal­ne­go” – rze­kła. „Ale wol­ność, którą uzy­sku­jesz bo­le­snym wy­sił­kiem, jest na­praw­dę wy­jąt­ko­wa. Naj­bar­dziej w Korei Po­łu­dnio­wej ko­cham to, że dała mi ten szcze­gól­ny ro­dzaj wol­no­ści”.

Zdecydowanie polecam!

Swietłana Aleksijewicz – „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”

Opis:

„26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Awaria czarnobylska była najpotężniejszą z katastrof technologicznych XX wieku”.

Dwadzieścia lat później Swietłana Aleksijewicz wróciła do Czarnobyla. Rozmawiała z ludźmi, dla których ten dzień był końcem świata, którzy żyć nie powinni, ale przeżyli i żyją, bo żyć trzeba. A oni opowiedzieli jej o tym, co wydarzyło się wtedy, i o tym, co jest tam dziś. O ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o dziwnych stworach, które pojawiły się w rzekach i lasach. I o tym, że mimo wszystko ludzie chcą być szczęśliwi.
Podobnie jak w książce o radzieckich żołnierkach wybitna białoruska dziennikarka stawia nas wobec bezlitosnej prawdy. To książka o apokalipsie, która nastąpiła pewnej kwietniowej nocy tuż za naszą wschodnią granicą.

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/czarnobylska-modlitwa

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

O Czarnobylu słyszał chyba każdy. Jedna z czarnych kart historii atomowej. To pewna przestroga dla przyszłości o tym, jak ostrożnie trzeba obchodzić się z rzeczami, które uznajemy za „pożyteczne”. Bo niebezpieczeństwo nie zawsze przybiera formę atomowego grzybka. Szczerze napiszę, że gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki, to raczej nie sięgnęłabym po książkę Swietłany Aleksijewicz. Temat Czarnobyla nigdy nie był w kręgu moich zainteresowań. Bardzo cieszę się, że jednak miałam okazję przeczytać „Czarnobylską modlitwę”.

Pojechałem do strefy czarnobylskiej. Wielokrotnie już tam byłem. Tam zrozumiałem, że jestem bezradny. Że nie rozumiem. I ta bezradność mnie wykańcza. Bo nie poznaję świata, w którym wszystko się odmieniło. Nawet zło jest inne. Przeszłość już mnie nie broni. Nie uspokaja. Nie ma w niej żadnych odpowiedzi. Kiedyś zawsze były, a dzisiaj nie ma. Wykańcza mnie przyszłość, nie przeszłość.

Nie wiem, czy o tego typu książkach można mówić, że są bardzo dobre, wciągające, że się w nich płynie. Jakoś nie wypada, ale takie miałam odczucia przez cały czas, kiedy czytałam. Jest to pozycja bardzo dobrze napisana. Ze smakiem, ale bez wygładzania. Bardzo podobało mi się użycie formy monologów, przy których czytelnik ma wrażenie, jakby osobiście słuchał wspomnień danej osoby. I choć mowa tu o Czarnobylu, ta książka jest de facto o ludziach, których połączyło jedno miejsce i czas. Obserwujemy życie, które rok 1986 wywrócił do góry nogami. Od niektórych historii włos się jeży, inne wzbudzają smutek, gniew lub niedowierzanie. Obok wielu opowieści nie można przejść obojętnie. Każda jest wartościowa na swój własny sposób.

Zdecydowanie polecam! „Czarnobylska modlitwa” pozwala nie tylko poszerzyć swoją wiedzę na temat tego miejsca i co się wydarzyło, ale jaki miało bezpośredni i pośredni wpływ na mieszkających w pobliżu zwykłych ludzi i ich historię. Bo wydarzenia pamiętamy, ale jaki miały wpływ na życie ludzkie? Już trochę gorzej.

Evžen Boček – „Dziennik kasztelana”

Opis:

Evžen Boček po raz kolejny zabiera nas na zamek. Ale tym razem nie na zamek Ostatniej Arystokratki. Tym razem na zamek, w którym… straszy!

Młody kasztelan przyjeżdża z Pragi, by zaopiekować się zamkiem na morawskiej wsi. Ma nadzieję, że ten wyjazd pomoże mu uporządkować swoje życie i swoją rodzinę. Szybko jednak okazuje się, że nic nie jest takie, jak to sobie wyobrażał. Stare i zimne mury nie dają poczucia bezpieczeństwa, tylko niepokój. Środowisko wsi i pobliskiego miasteczka nie przynosi ukojenia, tylko osaczenie. I do tego te dziwne dźwięki. Gramofon włączający się samowolnie w środku nocy. Czy w takich warunkach można wychowywać kilkuletnią córkę?
Evžen Boček nie stroni w Dzienniku kasztelana od humoru, ale nie jest on tak pierwszoplanowy jak w Arystokratce.

Dziennik kasztelana to książka, w której każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.

https://stara-szkola.com/product/dziennik-kasztelana/

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

W lato często chcemy sięgać po książki lekkie i odprężające. W końcu ciepła pogoda skłania do relaksu. Po dłużącej mi się „Historii Lisey” potrzebowałam książkowego resetu i na pomoc przyszedł mi „Dziennik Kasztelana”, który jakiś czas temu wgrałam na swój telefon. Muszę stwierdzić, że Dziennik spełnił swoje zadanie.

Zamek zaczyna być żelazną kulą, którą dobrowolnie uwiesiłem sobie na szyi. Wizja, że to moja stacja końcowa, jest nieznośna. A jednocześnie nie potrafię sobie wyobrazić życia gdziekolwiek indziej.

Choć Dziennik różni się od tego, co znamy z „Ostatniej Arystokratki”, jest tutaj podobny klimat. Lekkość. Humor. Groteskowe sytuacje. Dawka pozytywnej energii zamknięta w formie książki. Poznajemy innych bohaterów, inny zamek, ale pewne rzeczy się nie zmieniają, np. muflony. Życie takiego kasztelana nie jest lekkie, o czym przekonujemy się na każdym kroku.

Polecam! Fani Ostatniej arystokratki powinni być zadowoleni.