Fuminori Nakamura – „Dziecko z ziemi”

Tagi

, ,

Opis:

Mrocznie melancholijna opowieść Fuminori Nakamury – zwycięzcy nagrody im. Akutagawy – pogrąża nas w otchłani pełnej krętych ścieżek, niespokojnej psychiki młodego człowieka.

Cyniczny narrator bez imienia rzuca pracę sprzedawcy, by zostać taksówkarzem w Tokio. Pewnego dnia bez konkretnych przyczyn zaczyna walkę z grupą motocyklistów i zostaje mocno pobity.

Następnie dowiaduje się, że jego ojciec jeszcze żyje (on sam został porzucony przez rodziców) i zaczyna rozmyślać, jak wyglądałoby jego życie, gdyby dano mu szansę normalnie dorastać. Krok po kroku Nakamura zdradza coraz więcej szczegółów, sprawiając, że bohater, który na początku wydaje nam się dziwny, staje się nam coraz bliższy. Wartka akcja prowadzi do finału, w którym wyjaśnia się też znaczenie tytułu utworu – Dziecko z ziemi.

http://kwiatyorientu.com/ksiazki/dziecko-z-ziemi/

Moja ocena: Dobra (***)

Niedługo potem ich przemoc się zaostrzyła, ale wcale nie tak, że dołożyli starań i wymyślili dla mnie jakieś nowe metody. Po prostu używali więcej siły. On korzystał głównie z własnych rąk i nóg, ona czasami jeszcze z rury do odkurzacza i żelazka. Najbardziej ze wszystkiego nie mogłem wtedy znieść znudzenia na ich twarzach.

„Dziecko z ziemi” nie jest moją pierwszą azjatycką książką, ale z pewnością jedną z najcięższych. Choć ta cienka książka wydaje się niepozorna, mówi o problemach egzystencjalnych i przytłacza atmosferą. W dodatku ma w sobie coś, co zawsze kojarzy mi się z książkami z Dalekiego Wschodu – dość specyficzne podejście do życia. Trzeba również zwrócić uwagę na przedstawianie świata, które czasem bardziej przypomina sen (lub narkotyczną wizję) niż jawę – tutaj efekt ten powodują przeskoki między aktualnymi wydarzeniami i przeszłością.

Zrobiło się strasznie. Stanąłem w miejscu. Lęk wypełniał mnie, jakby zyskał wolną wolę. Może pragnąłem śmierci? Może mnie przyciągała i stąd te wszystkie dziwactwa, które ostatnio robiłem?

Powieść Nakamury porusza poważny temat wpływu przemocy na dorastanie dziecka. Autor za pomocą swojego głównego bohatera pokazuje, jakim człowiekiem może stać się ktoś skrzywdzony w dzieciństwie. Tym bardziej zmienia się jego postrzeganie, jeśli doznaje przemocy ze strony własnej rodziny, która jest dla większości symbolem bezpieczeństwa i miłości. Japoński pisarz przedstawia jeden z najgorszych scenariuszy, kiedy ból i cierpienie mogą określać „normalne” życie, a radość staje się czymś obcym i budzącym niechęć.

Kiedy człowiek chce użyć przemocy, wybiera słabszych od siebie. Wie, że ze słabszym może wygrać, dlatego. Ludzie to tchórze.

„Dziecko z ziemi” jest naprawdę interesującą lekturą, ale wydaje mi się, że ten typ literatury jednak nie jest dla każdego. Nie jest to optymistyczna, lekka powieść na poprawę humoru. Wręcz przeciwnie. Ukazuje te mroczne strony życia, których najczęściej staramy się unikać. Dlatego polecam ją wszystkim, którzy nie boją się trudnych tematów!

Reklamy

Annie Proulx – „Kroniki Portowe”

Tagi

, , ,

Opis:

Kroniki portowe to opowieść o człowieku, który na zapomnianej wyspie odnajduje swoją tożsamość i odzyskuje utracone w dzieciństwie poczucie własnej wartości. To także rozgrywająca się na surowych, mroźnych wybrzeżach Nowej Fundlandii historia o tym, że do odwrócenia kolei losu nie zawsze trzeba wielkich rewolucji, tylko wystarczy dać się ponieść sprzyjającym nurtom.

http://www.wydawnictwopoznanskie.com/PL-H14/ksiazki/568/kroniki-portowe.html

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Pierwsza książka w nowym roku, choć czytana z myślą o kolejnym klubie książki. Dlatego „Kroniki portowe” zaczęłam czytać już pod koniec 2018. Po pierwsze miała na to wpływ „przewidywana” atmosfera powieści. Nowa Fundlandia to dla mnie synonim smaganej wiatrem wyspy, którą zamieszkują tylko najwytrwalsi. Jej mieszkańcy żyją w zupełnie inny sposób i czas mija im zdecydowanie wolniej. Dlatego często okazuje się, że powieści poświęcone tej tematyce są bardziej nostalgiczne, niespieszne i przejmujące. Po drugie brzydka pogoda za oknem pozwalała mi łatwiej wczuć się w ten klimat.

Nie widziała tych wód od czasów, kiedy była małą dziewczynką, lecz natychmiast powróciły wspomnienia: hipnotyczne wrzenie morza, zapach krwi, wiatru i soli, rybich głów, świerkowego dymu i potu, grzechotanie kamieni niesionych przez syczącą falę, nurzyki, smak rosołu, sypialnia tuż pod dachem.

„Kroniki portowe” już od pierwszych stron zaczęły przyciągać mnie w niemal enigmatyczny sposób. Autorka nie tylko oddała charakter Nowej Fundlandii, ale zrobiła to bardzo przystępnie. Z jednej strony zrobiło się nostalgicznie, z drugiej zaś napięcie rozładowywał specyficzny humor. Jest to słodko-gorzkie połączenie. Jednak w żadnym momencie nie poczułam, że Kroniki mnie przytłaczają, że z różnych powodów nie mogę czytać dalej. Wręcz przeciwnie, czułam, jak lektura bardzo mnie odpręża.

W łowieniu jest coś, czego nie da się opisać. Za każdym razem, kiedy wyciągasz sieci, jest tak, jakbyś otwierał prezent. Nigdy nie wiesz, co w niej znajdziesz, czy wzbogacisz się, czy pójdziesz z torbami, czy będziesz panem, czy dziadem.

Mocną stroną powieści z pewnością są bohaterowie. Główny bohater, Quoyle, z początku wydaje się nie pasować do społeczności, w której żyje. I jeśli dłużej się nad tym zastanowić, jest to postać bardzo uniwersalna, z którą każdy w pewnym momencie swojego życia mógł, może lub będzie mógł się utożsamić. Dopiero pewne zawirowania sprawiają, że wraca do ojczyzny swoich przodków. I wtedy dzieją się dwie rzeczy: nie dość, że pasuje tam jak ulał, jakby miał niektóre rzeczy we krwi, oraz zaczyna wreszcie poznawać smak życia. Choć główny nacisk kładzie się na Quoyle’a, to za każdą postacią kryje się jakaś historia.

Wypływa w morze, które pochłonęło jego ojca, dziadka, dwóch braci, najstarszego syna i prawie uśmierciło najmłodszego. Takie postępowanie przytępia ból, ponieważ dostrzegasz, że twoja sytuacja nie jest wyjątkowa, że inni cierpią tak samo jak ty. W tym starym powiedzeniu, że niedola lubi towarzystwo, jest trochę prawdy. Łatwiej jest umrzeć, widząc, że dookoła inni też umierają.

Zdecydowanie polecam! Kroniki portowe to kawał dobrze napisanej książki, którą można czytać dla rozluźnienia, żeby naładować się pozytywną energią. To historia, w której kibicuje się głównemu bohaterowi, życząc jak najlepszego zakończenia. A jakie ono jest? Trzeba przekonać się samemu!

Wojciech Chmielarz – „Żmijowisko”

Tagi

,

Opis:

Mistrzowski thriller Wojciecha Chmielarza.

Ostatnie wspólne wakacje… Tragedia, która niszczy. Czas, który nie przynosi pocieszenia. Koniec, od którego nie ma ucieczki.

Grupa trzydziestolatków, przyjaciół ze studiów, co roku wyjeżdża wspólnie ze swoimi rodzinami na wakacje. Tym razem trafiają do zagubionej wśród jezior i lasów agroturystyki w niewielkiej wsi Żmijowisko. Bawią się jak zwykle – odreagowują stres szybkiego wielkomiejskiego życia. Jest alkohol, są narkotyki. A także skrywane od lat urazy, dawne uczucia i wzajemne pretensje.

Podczas jednej z mocno zakrapianych imprez ktoś kogoś prawie topi. Wywiązuje się kłótnia, podczas której otwierają się dawne rany. Następnego dnia córka jednej z par, piętnastoletnia Ada, znika. Pomimo poszukiwań nikomu nie udaje się jej odnaleźć. Rozpływa się w powietrzu.

Rok później jej ojciec wraca do Żmijowiska, by podjąć ostatnią próbę odnalezienia córki. „Ada była ciągle najważniejsza. Każdego dnia o niej myślałem, każdego. O tym, co się stało. O tym, co moglibyśmy zrobić inaczej.” Przez te dwanaście miesięcy znienawidziła go cała Polska. Ale – jak się okazuje – nie wraca tam sam…

Żmijowisko to opowieść o tragedii, która niszczy. O rodzinie, która musi stawić czoło próbie przekraczającej ludzkie wyobrażenia. Uczuciach, które trwają pomimo mijających lat i nie niosą pocieszenia. Zdradzie, bólu i miłości. Strachu, zbrodni i karze. O tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla naszych dzieci i jak wiele nas to kosztuje.

http://www.marginesy.com.pl/sklep/produkt/133153/zmijowisko?idcat=0

Moja ocena: Oby więcej takich (*****)

Na ostatni w tym roku Dyskusyjny Klub Książki wybraliśmy „Żmijowisko” Wojciecha Chmielarza. Wcześniej nie miałam szansy sięgnąć po żadną książkę tego autora, chociaż dawno temu na listę książek dodałam „Podpalacza”. Jak widać klub to dobra motywacja. Nie tylko przewraca do góry nogami zamierzenia czytelnicze, ale pozwala poznać ciekawe tytuły, po które nie sięgnęłoby się w zwykłym trybie.

Wojciech Chmielarz zabiera nas do „Żmijowiska”, czyli małej wsi z gospodarstwem agroturystycznym, w którym rozgrywa się akcja powieści. Na miejscu poznajemy wielu bohaterów, którym autor poświęcił chociaż chwilę. Mają oni swoje własne historie, często umiejące zaskoczyć czytelnika. Gdy zebrać je razem, stają się ważnymi częściami całości. I w tym najbardziej widać kunszt autora. Fabuła jest spójna i wielowątkowa, nastawiona na wątek psychologiczny. W dodatku przeskakujemy w niej nie tylko między postaciami, ale także między wydarzeniami z przeszłości i teraźniejszości. Z każdą kolejną stroną dostajemy nowe informacje do rozwiązania zagadki. Jak się jednak okazuje, nic nie jest do końca takie, na jakie wygląda.

Roześmiała się nagle głośno, na całe gardło.
– Co takiego? – zapytał Arek.
– Nic. Po prostu zdałam sobie sprawę, że jesteśmy jak zły sen posła PiS-u: patchworkowa rodzina, dwie pary po rozwodzie, ojciec czarny. Szkoda, że mama nie jest lesbijką. Miałabym komplet. A może jest? Muszę ją spytać.

Jednym z czynników, który dotkliwie wpływa na samopoczucie i zachowanie danej osoby, jest zaginięcie kogoś bliskiego. Im bliższe pokrewieństwo tym ta strata jest bardziej odczuwalna. Autor, odwołując się do tego uczucia, buduje fabułę na zaginięciu dziecka. Dla większości rodziców jest to jedna z największych tragedii. Dotkliwszą tragedią, o ile wypada ją stopniować, byłoby pewnie przeżycie własnych dzieci. Temat jest jednocześnie ciekawy i trudny. Nie tylko dla osób posiadających dzieci. No i trochę uniwersalny. W końcu zaginąć może każdy.

Gospodarz agroturystyki spotkał wiele takich osób, kiedy mieszkał jeszcze w Warszawie. Między innymi dlatego opuścił stolicę. Nie lubił tego miasta, choć tam się urodził i wychował. Zawsze wydawało mu się za ciasne. Zbyt wielu ludzi o zbyt wielkim ego na zbyt małej przestrzeni. Nie dało się tego wszystkiego upchnąć w tak niewielkim i biednym kraju.

Zdecydowanie polecam! „Żmijowisko” to książka interesująca, trzymająca w napięciu, z wyraźnie zaznaczonym aspektem psychologicznym, który nadaje przedstawionym wydarzeniom dodatkowego charakteru. Autor prezentuje swoją historię w sposób wiarygodny. Nie trudno byłoby sobie wyobrazić, że taka sytuacja miała miejsce. Co samo w sobie jest jednocześnie fascynujące i straszne.

P.S. Prawa do powieści zostały wykupione przez nc+. Może warto zdążyć przed ekranizacją?