Dot Hutchison – “Krwawe róże”

Tagi

, ,

Opis:

Kolekcjoner, #2

Cztery miesiące po eksplozji w Ogrodzie, w którym przetrzymywano młode kobiety nazywane Motylami, agenci FBI Brandon Eddison, Victor Hanoverian i Mercedes Ramirez nadal próbują uporać się z konsekwencjami zdarzeń, pomagając ofiarom przystosować się do życia na zewnątrz.

Niestety wkrótce agenci odnajdują w którymś z kościołów na terenie kraju ciało młodej kobiety z poderżniętym gardłem, otoczone naręczem kwiatów.

Priya Sravasti, której siostra padła ofiarą seryjnego zabójcy, co kilka miesięcy zmienia wraz z matką miejsce zamieszkania, za każdym razem licząc na nowy początek. Kiedy jednak staje się celem szaleńca, śledztwo agentów nabiera nowego tempa. Mordercę będzie można schwytać tylko z pomocą dziewczyny.

By zamknąć tragiczny rozdział ze swojej przeszłości, Priya będzie musiała zaryzykować własnym życiem.

http://www.wydawnictwofilia.pl/Ksiazka/261

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Landon zajmuje miejsce kilka stolików dalej ze sfatygowaną, pozbawioną okładki książką w miękkiej oprawie. Możliwe, że to ta sama, którą czytał miesiąc temu albo inna potraktowana w podobny sposób. Mam wrodzony brak zaufania wobec ludzi źle traktujących swoje książki.

Oj mało książek przeczytanych w tym roku, oj mało. Czy to już podpada pod ich złe traktowanie? 🙂 Dlatego muszę raz na jakiś czas robić akcję nadrabianie. W przypadku „Krwawych róż” to podarunków świątecznych. Kiedy dostałam tę książkę, pierwsze co przykuło moją uwagę, to okładka, która jest utrzymana w stylu innych thrillerów/kryminałów, co w tym przypadku nie jest zarzutem.

– Siedzisz tutaj przy takiej pogodzie? – pyta mama z niedowierzaniem. – Przecież nawet nie lubisz się ubierać.
– Pidżama to też ubranie.
– Na wyjście z domu?
– Nie, ale tu nie chodzi o ubranie, tu chodzi o ludzi.
– Oj, moja mała antyspołeczna córeczko.
– Nie jestem antyspołeczna, jestem antygłupia.
– Jedno i to samo.
– Jak to możliwe, że pracujesz w zasobach ludzkich?
– Dobrze kłamię.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że „Krwawe róże” to druga część serii. Dowiedziałam się o tym, czytając książkę, bo dało się wyczuć, że Hutchison na każdym kroku odwołuje się do tomu pierwszego. Co ciekawe wcale nie przeszkadzało mi to w odbiorze. Te elementy układanki nie były tak dominujące, a róże w sumie pokierowano w trochę innym kierunku.

Szkolił mnie Victor Hanoverian. Byliśmy partnerami do czasu, aż dostałem własną ekipę, a on zaczął pracować z Eddisonem i Ramirez. Wiele razy widziałem, jak w niebezpiecznych sytuacjach musiał odpowiedzieć ogniem i nawet powieka mu nie drgnęła. Więc fakt, że codziennie przysyła mi e-maila z pytaniem, czy mamy jakieś nowe informacje, sprawia, że się martwię. Bo jeśli on jest podenerwowany, to ja już robię w gacie.

W przypadku tej książki z pewnością trzeba zwrócić uwagę na bardzo barwnych bohaterów, którzy dają się lubić (bądź nie). Taka ilość silnych postaci potrafi czasem przytłoczyć, ale jest przez to znacznie ciekawiej. Duży plus dałabym również za fabułę, bardzo przemyślaną i dopracowaną. W żadnym momencie nie poczułam, że coś się nie klei, a rozwiązania, mimo że nie są specjalnie odkrywcze, nie zostały potraktowane po macoszemu.

Eddison się próbuje jej uspokoić, nie powtarza, że już wszystko dobrze, nie mówi, że jest teraz bezpieczna. Nauczył się w życiu, że bezpieczeństwo to bardzo ulotna i relatywna rzecz.

Zdecydowanie polecam! Choć w moim przypadku nie jest to thriller, który wbiłby mnie w fotel i spowodował gęsią skórkę. Być może przeczytałam za dużo cięższych książek, żeby mnie przerazić. Zostałam jednak zaintrygowana.

Reklamy

Carlos Ruiz Zafón – „Więzień nieba”

Tagi

, ,

Opis:

Cmentarz Zapomnianych Książek, #3

Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater Cienia wiatru, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się „rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć”.

Jednak niepogrzebane upiory przeszłości nie dadzą się tak łatwo wymazać z pamięci. Daniel coraz lepiej rozumie, że będzie musiał się z nimi zmierzyć. I choć zakończenie powieści wydaje się ze wszech miar pomyślne, to Ruiz Zafón mówi nam wprost, że „prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła”.

https://muza.com.pl/proza-obca/2794-wiezien-nieba-br-9788328708891.html

Moja ocena: Bardzo dobra (*****)

Ostatnio mam jeden z tych okresów, kiedy czytam mało i powoli. Nie przeszkodziło mi to jednak po raz trzeci udać się na Cmentarz Zapomnianych Książek i jak zwykle dobrze się przy tym bawić. Historia Zafóna mnie zaintrygowała, zaciekawiła, ale przede wszystkim odprężyła. Pozwoliła mi na chwilę wyciszyć się i czytelniczo zresetować.

Wariatem jest ten, kto ma się za całkowicie normalnego, a za nienormalnych uważa całą resztę.

„Więzień nieba” kontynuuje historie bohaterów, poznanych w dwóch poprzednich częściach. Tym razem nacisk położony jest na tajemnicach Fermína Romero de Torres i jego przeszłości, która zaczyna go ścigać. Jak się jednak okazuje, nic nie dzieje się przypadkowo. Fermín musi zmierzyć się ze swoimi demonami, a my przy tej okazji dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o nim samym i innych bohaterach serii.

Wydaje mi się, że fanów twórczości tego autora nie trzeba zbytnio zachęcać do przeczytania. Wszystkim, którzy nie mieli jednak szansy poznać tego cyklu, zdecydowanie polecam! Książka jest napisana przystępnie, bardzo szybko można zżyć się z postaciami, a przede wszystkim z księgarnią Sempere.

Jason Aaron, R.M. Guera – „Skalp”

Tagi

, ,

Dla kogo?

– Dla fanów komiksów? TAK

– Dla dzieci? NIE

Hmm… W końcu się przełamałam do napisania kilku słów o przeczytanym komiksie, a właściwie serii, choć wcześniej wolałam tego nie robić. Dlaczego? Powody są całkiem proste. Po pierwsze nie jestem ani znawcą ani zagorzałą fanką historii przekazywanych w ten sposób. Mój kontakt z komiksami na przestrzeni lat był raczej sporadyczny i głównie wiązał się z mangą. Po drugie nie oceniam komiksów (o czym można się przekonać np. na moim koncie na Goodreads), poza stwierdzeniem, że w jednych obszarach mi się podobały, a w innych nie. Gwiazdki nie oddają tego do końca, więc ich nie stosuję.

Myślę, że komiksu nie da się oceniać w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób jak książkę. I choć jako czytelnicy zwracamy wiele uwagi na różne obszary naszej lektury np. styl, atmosferę, kreację świata i bohaterów itp., nie musimy jednocześnie dzielić uwagi na to, co widzi oko. Bo w tym przypadku różnie bywa. Powieść obrazkowa podaje nam wszystko na tacy. Jednak nie raz zdarzyło mi się, że choć z komiksem było fabularnie wszystko w porządku, nie podobała mi się tzw. „kreska”. I często to ona właśnie decydowała, czy coś oceniłam pozytywnie lub negatywnie, a historia sama w sobie spadała na drugi plan. Jakby wcale nie o nią tutaj chodziło.

Kreska w przypadku „Skalpu” jest bardzo toporna. Nie cieszy oka, raczej ma nam przypominać, że obracamy się w nurcie noir. Jest mrocznie, dosadnie, krwawo i jak dla mnie zbyt pstrokato, przez co wzrok męczył mi się bardziej niż w przypadku innych komiksów. Zwłaszcza gdy chciałam skupić się na jakichś szczegółach.

Zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat, ale seria wydała mi się na tyle interesująca, że warto poświęcić jej chwilę uwagi. Przede wszystkim to ten rodzaj komiksu, który podważa stwierdzenie, że powieści obrazkowe są tylko dla dzieci. Skalp zdecydowanie nie jest dla dzieci! Wydaje mi się, że jest w nim wszystko, czego młody czytelnik nie powinien oglądać czyli: zabijanie, przemoc i seks. A to i tak kropla w morzu.

Więc dlaczego warto przeczytać Skalp? Fabuła opowiada o losach Indian zamkniętych w rezerwatach w dzisiejszej Ameryce, odzieranych z dumy i własnej tożsamości za pomocą pieniędzy białego człowieka, upchniętych na skrawku ziemi, żeby jak najszybciej umarli. Dla większości z nich codziennością jest nędza i stanie za dnia w kolejkach po jedzenie w punktach wydawania żywności, a wieczorem i w nocy zapominanie o swoim losie za pomocą alkoholu i narkotyków. Niektórzy stają się „biznesmenami”, próbującymi grać o wielkie pieniądze – w sposób mniej lub bardziej niezgodny z prawem. Jedni oddani tradycji, inni „nowocześni”, ale wszyscy walczą o jedno… o przeżycie.

Mocną stroną tej historii są bohaterowie, którym towarzyszymy podczas codzienności w rezie. Stajemy się obserwatorami ich decyzji, a także konsekwencji, do których one prowadzą. Przypominam, że Skalp nie jest miłą historią, więc często są one bardzo złe, a co za tym idzie potrafią mieć tragiczny finał.

Gdybym nie musiała przeczytać serii na Dyskusyjny Klub Książki pewnie w ogóle nie wpadłaby w moje ręce, a szkoda. W tej z pozoru prostej historii o życiu w rezerwacie zawarto szereg różnych motywów, które tylko czekają na odkrycie i zmuszają do chwili zastanowienia. Polecam, ponieważ w Skalpie nic nie jest czarne albo białe, raczej czerwone… jak krew.