Piotr Milewski – „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”

Opis:

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie co innego niż to, po co się pojechało.”
Nicolas Bouvier

Piotr Milewski dotarł do Japonii w roku Królika. Akurat zaczęła się pora deszczowa i nad Wyspami na półtora miesiąca zawisła szara zasłona z chmur. W powietrzu unosił się gorzki zapach gnijących wodorostów. Japończycy uznają ten okres za piątą porę roku o nazwie tsuyu, co znaczy – śliwkowy deszcz. Bogowie są wtedy bliżej, ale czy sprzyjają wędrowcom?

Wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem.
Próbował uchwycić ducha archipelagu i zrozumieć mieszkających tam ludzi, którzy – mimo że gościnni i serdeczni – pozostali dla niego zagadką.

„Dzienniki japońskie” to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu jako takim: o jego filozofii i sensie, a także piętnie, jakie odciska na świadomości wędrowca.

https://www.znak.com.pl/ksiazka/dzienniki-japonskie-piotr-milewski-6174

Moja ocena: Bardzo dobra (****)

Dzienniki japońskie to zbiór zebranych wspomnień, gruntownie przemyślanych i dobrze opisanych, za pomocą których Piotr Milewski zabiera czytelnika na wędrówkę uliczkami większych i mniejszych miast Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydana w 2015 roku książka zawiera wspomnienia z roku 1999 i 2002. Jest to wędrówka opowiedziana przez pryzmat czasu. Dopieszczona faktami historycznymi i anegdotami, a także utworami literackimi i wewnętrznym komentarzem autora.

Być może było jednak coś na rzeczy w tym odczuciu oddalenia od centrum, brak tu bowiem typowego dla metropolii ulicznego tłoku, choć – jak wszędzie w tym mieście – dokuczał niedostatek otwartej przestrzeni. Sąsiedzi się znali. Kłótnie rozwiązywano po cichu, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Win się nie zapominało, ale najczęściej wybaczało, bo trudno przy takim ścisku żyć w niezgodzie. A gdy komuś stało się coś złego, mógł liczyć na pomoc sąsiada.

Z jakiegoś powodu mam jednak wrażenie, że to nie jest książka dla wszystkich. Ma to związek z samą formą wędrówki, a nie ze sposobem jej opisu. Nie oszukujmy się, turyści zazwyczaj mają określony plan, cel i fundusze ze względu na ograniczony czas tygodnia czy dwóch, a wizja spania na ławce w śpiworze, łapania stopa czy 30-kilometrowy marsz, to nie jest forma urlopu, który każdego zadowoli. Z jednej strony doświadczenia autora są bezcenne, bardzo bezpośrednie, i dzięki nim widział i przeżył więcej niż zwyczajni turyści z zagranicy. Z drugiej do takiego podróżowania trzeba mieć odwagę i samozaparcie.

Warto jest poruszać się bez planu. Nic nas wtedy nie ogranicza. Nic nie uwiera i nie kusi. Ci, którzy tworzą plany, mają też oczekiwania, a potem często czują żal: czegoś nie zobaczyli, dokądś nie dotarli, ktoś zatrzasnął im drzwi przed nosem. Niekiedy też to, co zastali, wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażali.

Wbrew pozorom, poza kilkoma przypadkami, wydaje się, że los autorowi sprzyja. Podróż wydaje się wręcz prosta, łatwa i przyjemna. A niedogodności i problemy Milewski łatwo przezwycięża. W dodatku wszystko jest płynnie i spójnie opisane, co jeszcze potęguje takie wrażenie.

Wystarczy, że wejdziesz w boczną uliczkę, tuż obok dworca, przy dzielnicy rozrywek, koło ratusza czy za sklepem, i szarość wyjdzie w pełnej krasie, w wielu odcieniach, o zróżnicowanej intensywności. Nie smutna, jednolita, depresyjna szarość. Szarość ciekawa, zaskakująca, melancholijna, przerywana soczystą zielenią nielicznych skwerów i cynobrem kapliczek szintoistycznych. Ta szarość ma coś, co przyciąga i fascynuje. Jest w niej smutek przemijania i nadzieja na przyszłość. Nie powoduje ona jednak, że japońskie miasta są ładne, zgrabne czy ponętne. Nie przydaje im tajemniczości, na którą nabiera się wielu przyjezdnych. Nie, taką mocą ona nie dysponuje. Dlatego też o tutejszych metropoliach można co najwyżej powiedzieć, że są schludne i, miejscami, dobrze zorganizowane. Nie są przy tym trwałe, bo trwałość materii nie jest w tym kraju priorytetem. Znacznie ważniejsza jest trwałość więzi, trwałość pamięci, ciągłość tradycji i pokoleń. Budynków nie stawia się tu z myślą o następnych generacjach. Są tu i teraz. A jutro? Kto wie, co przyniesie jutro? Jutra może już nie być.

„Dzienniki japońskie” czytało mi się bardzo przyjemnie i choć wędrówki piesze nie są mi obce, nie zdecydowałabym się na taki typ podróżowania jak autor, nawet w granicach naszego kraju. Dzięki Milewskiemu poznajemy Japonię w inny sposób, wyruszamy poza rogatki Tokio, zwiedzamy różne miasta, doświadczamy nowych sytuacji, a przede wszystkim spotykamy innych ludzi.

Polecam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.